Niebo zeszło na ziemię – Ławra Poczajowska

 
 

Niebo zeszło na ziemię – Ławra Poczajowska

Stoimy przy kutej balustradzie na Poczajowskiej Górze. Przed nami cerkiew Uspieńska. Góruje swym barokiem i znaczeniem nad Poczajowską Ławrą i całym Wołyniem, Galicją, Pokuciem, Chełmszczyzną, Podlasiem. Chroni największe świętości ławry – Poczajowską Ikonę Bogarodzicy i Jej stopę, odbitą w kamieniu. Pod nami też cerkiew. Biegnie lekkim półkolem. Powtarza kształt kamiennej góry. Cerkiew wdrążyła się w tę górę. Zawładnęła nią i ofiarowała jej swą wielką świętość – miejsce spoczynku nietlennych moszczy św. Iowa Poczajowskiego wraz z pieczarą, w której święty, odgrodzony od świata, modlił się za jego zbawienie.

Ławra zawładnęła całą górą – osadziła tu inne cerkwie, kielie dla trzystu mnichów i duchownych, domy dla pielgrzymów i seminarzystów, dzwonnicę, szkołę.

Obfity deszcz zmył zmęczenie. Słońce jakby wyrwało kawał chmury i całą świeżość blasku wylało na Poczajowską Górę, przeglądając się w jej złotych kopułach, okolice głęboko w dole pozostawiając w jednostajnej, płaskiej, sinej powłoce.

Tego czerwcowego popołudnia niebo zeszło na ziemię. I nie pozostawiało wątpliwości – tę Górę wybrała Bogarodzica. I tylko Ona zdołała ją uchronić przed wrogami.

Płaskość sinego krajobrazu narusza kilka gór. Na jednej z nich, opierającej się o południowo-zachodni horyzont, stoi inny monaster – Podkamienie.

Inną górę, na wschodzie, widać wyraźnie. Wieńczy ją cerkiew. To skit ławry – Świętego Ducha. – Skit jest mały – komentuje nasz przewodnik, mnich Matfiej, który kilka lat temu śpiewał z poczajowskim chórem na hajnowskim festiwalu. I dodaje: – Niesie w nim posługę 60 mnichów.

4

To na tamtej górze zaczęła się świętość Poczajowa – cofa się o niemal 800 lat mnich Matfiej. – Ta ziemia była wtedy pokryta gęstym lasem. Mieszczanin Turkuła przyjechał na polowanie. Gdy odpoczywał na tamtej górze z innymi myśliwymi, miał widzenie. Usłyszał najpierw szum, potem zobaczył nad ogniskiem jelenia. Chciał go zastrzelić, ale jeleń zniknął. Wraz z innymi myśliwymi, zobaczył pęk płonącej, ale nie spalanej słomy. Ogień przelatywał z jednej góry na drugą, zatrzymując się nieco nad każdą, potem umiejscowił się na dłużej nad górą, którą dziś nazywamy Poczajowską. Tam przemieścił się na cztery strony, po czym zatrzymał nad środkiem góry, długo utrzymując się w powietrzu, aż skrył się, pozostawiając po sobie ślad, w postaci ognistego sznura.

Zjawisko opisują też poczajowskie przewodniki.

Mnisi najpierw skupiali się na górze, gdzie dziś jest skit, ale niebawem zaczęli drążyć pieczary w Górze Poczajowskiej. Rok 1240 przyjęło się uważać za początek monasteru. Wtedy Kijów traci na zawsze blask pierwszego miasta ziem ruskich. Pustoszą go tatarsko-mongolskie najazdy. Ratują się ucieczką mnisi Kijowsko-Pieczerskiej Ławry. Niektórzy drążą swe cele w Poczajowskiej Górze.

Poczajów przez stulecia przyciągał mnichów i pielgrzymów.

I kusił. Jednych bogactwem materialnym, innych duchowym. I jedni, i drudzy chcieli je zagarnąć, przywłaszczyć. Tak jest do dziś. Sięgnijmy do kilku przykładów.

Omofor Bogarodzicy

Rano 5 sierpnia 1675 roku Poczajowską Górę otoczyło 50 tysięcy uzbrojonych Turków i Tatarów. To żadna operacja – mogli kalkulować. Monaster jest całkowicie bezbronny, ani murów obronnych nie ma, ani baszt. Wrogowie rozpoczęli szturm, zaś mnisi i ludzie, którzy tu się schronili przed wrogiem – modlitwę. Wiedzieli, że rzeź jest pewna, tak jak pohańbienie świętości i grabież bogactw. Wiedzieli, że nadziei mogą oczekiwać jedynie od Bogarodzicy i św. Iowa, starca, którego wielu z nich mogło spotkać bezpośrednio, wszak odszedł tylko ćwierć wieku wcześniej, w 1651 roku. Służyli akafist do Najświętszej Bogarodzicy. W tym czasie nad cerkwią Świętej Trójcy pojawiła się Matka Boża z rozpostartym omoforem, z aniołami i św. Iowem. Widzieli ich Turcy. Zaczęli do nich strzelać, ale strzały zawracały i raziły wroga. Wśród Turków i Tatarów wybuchła panika. Rzucili się do ucieczki. Obrońcy Poczajowa pognali za wrogiem i kilku nieprzyjaciół wzięli do niewoli. Pojmani przyjęli chrześcijaństwo i zostali mnichami.

Piątego sierpnia do dziś w Poczajowie czci się pamięć tamtego wstawiennictwa Bogarodzicy. W Poczajowie pielęgnują pamięć i o innym, nieco wcześniejszym wydarzeniu, kiedy Tatarzy, buszując po ich ziemiach w 1607 roku, wtargnęli do Poczajowa. Jeden z napastników odrąbał mnichowi głowę. Mnich, budząc panikę wśród napastników, wziął swą głowę w ręce i zaniósł do cerkwi, kładąc ją przed cudotwórczą Ikoną Poczajowskiej Matki Bożej. I wtedy oddał ducha.

Bolszewicy byli bezradni

Bolszewicy w swym nowym państwie w muzea zamieniali wszystkie ławry – Troicko-Siergiejowską w Siergiejew Posadzie, św. Aleksandra Newskiego w Petersburgu i Kijowsko-Pieczerską. Tylko poczajowskiej nie zdołali, choć braci wywozili stąd na zsyłki, zamykali w więzieniach i psychuszkach (jedną założyli w skicie ławry). Ale zawsze ktoś tu zostawał, kryjąc się po pieczarach i strychach i podtrzymując ogień modlitwy. Bracia wiedzieli – jeśli modlitwa nie ustanie, Matka Boża będzie to miejsce ochraniać, bo to jej góra. Bolszewicy posyłali tu swoich strażników, od gaszenia nawet płomyków modlitwy. I właśnie im ukazał się staruszek o długiej brodzie. Uderzywszy groźnie żezłem, rzekł: „Zabierajcie się stąd, ja tu jestem gospodarzem”. I wyszedł za wrota. Był to św. Iow. Komuniści mogli go rozpoznać. Jego ikony na Poczajowskiej Górze widzieli na każdym kroku. cerkiew wdrążyła się w tę górę

Sowieccy partyzanci chcieli zabić w czasie drugiej wojny pieczerskiego mnicha Amfiłohija, kanonizowanego przez Cerkiew w 2002 roku. Zasłynął on jako podwiżnik i uzdrowiciel. Opowiadają tu, że wozy, na których oczekiwali chorzy, ustawiały się do niego kilometrami. Nawet pieczerscy bracia zaproponowali mu, by z monasteru przeniósł się do małego domku na cmentarzu, bo tłumy oczekujących zakłócały spokój modlitwy. Partyzant wycelował już w św. Amfiłohija. Mnich poprosił go jeszcze o chwilę na modlitwę. Stał spokojnie. Przewidział, że Bóg go uchroni. W tym czasie zjawił się jego uczeń. Ze słowami: „Kogo chcecie zabić! On cały świat zbawia modlitwą!” rzucił się w wycelowany karabin. Karabin spadł na ziemię. Partyzanci odeszli.

Gdy rozpadł się Związek Radziecki

Lata 1989-1993 to dla mnichów w Poczajowie okres rozłamu w Cerkwi i wypłynięcia unitów. To okres agresji wobec nich. Ławra odzyskanym autorytetem obdzielała wiernych na Ukrainie, w Polsce, na Białorusi, na-wet w Rosji. Budziła zazdrość wśród unitów i raskolników.

Raskolnicy urządzili w 1992 roku zajazd na ławrę. Podciągnęli pod jej mury armatę. Bracia uderzyli w dzwony. Wszyscy wylegli przed monaster, również mieszkańcy 20-tysięcznego Nowego Poczajowa, ścielącego się u stóp Góry. Przyjechała i milicja. Ludzie otoczyli napastników i odebrali armatę. Nie zdążyli przyjechać, wspierający raskolników, kozacy, wiezieni autobusami z tarnopolskiej obłasti. poczajowska dzwonnica

Matier Boża nas uchroniła – mówią o tamtym zagrożeniu poczajowscy mnisi.

Prozachodni Tarnopol, w którym dominują unici i raskolnicy, monasterowi nie sprzyjał. W połowie lat 90. wytoczył przeciw niemu wojnę medialną. W pismach i telewizji wzywano, by ławrę wziąć od Moskali siłą, tak jak i inne cerkwie, które masowo wydzierano prawosławnym na zachodniej Ukrainie. Zagrożenie było poważne.

Potem w Tarnopolu wymyślono inną chytrość. Niech cała ławra stanie się muzeum, rezerwatem kultury, a misi będą ten rezerwat dzierżawić.

Nie poszliśmy oczywiście na to – mówi prorektor poczajowskiego seminarium o. Igor Płaksij. – Muzeum władze rozdzieliłyby po kawałku, dając na przykład sobór Świętej Trójcy bazylianom, Uspieński raskolnikom z kijowskiego patriarchatu. A nas prawosławnych wysłaliby na cmentarz.

Jeszcze trzy lata temu deputowany do ukraińskiego parlamentu z Tarnopola publicznie marzył: – Gdyby ławra była muzeum i sprzedawała bilety za wejście na dzwonnicę, pokłonienie się cudotwórczej ikonie i sprzedawała prosfory, świętą wodę, jakby się napełnił budżet tarnopolskiej obłasti! cerkiew Uspieńska

Każdy krok byłby dobry, byle wycisnąć prawosławnych i zająć ławrę.

Unici – zdaniem o. Igora – dostosowują się do politycznej sytuacji. Gdy ta sprzyja dialogowi z prawosławnymi, oni z niego się wycofują, w obawie, by z nikim niczym się nie dzielić. Gdy poczują siłę po swojej stronie, wychodzą z hasłem – tylko oni i nikt inny ma prawo do prawdy, świątyń i świętości. Ale gdy czegoś nie zdołają zagarnąć, znów proponują: – Spróbujmy razem. Jakaż to różnica! Bóg jeden.

Z taką propozycją krążyli wokół Poczajowskiej Góry.

Mnisi ciągle bronią jedności góry. Wiedzą, jaki ból przeżywają mniszki z monasteru w Gródku, oddalonego od Poczajowa niespełna sto kilometrów, gdzie raskolnicy siłą wydarl, świeżo odremontowaną cerkiew, sącząc do monasteru swą nienawiść.

Świętości Poczajowa

Poczajowska Ikona Bogarodzicy

3

W połowie szesnastego wieku na Ruś podążał grecki metropolita Neofit. Podróżując po Wołyniu zatrzymał się u prawosławnej mieszczki Anny Hojskiej. Za gościnność podziękował ikoną Bogarodzicy. Anna ikonę umieściła w swym zamku. Jej słudzy zaczęli obserwować dziwne zjawiska, dziejące się przy ikonie. Ale dopiero, gdy w 1597 roku niewidzący od urodzenia brat Anny – Filip – odzyskał przed ikoną wzrok, uznała, że świętości nie może zamykać. Oddała ją do poczajowskiego monasteru. Przed ikoną odnotowano mnóstwo uzdrowień. Niektóre są zapisane w księdze cudów, inne na ścianach Uspieńskiego soboru, w którym nad carskimi wrotami do dziś pozostaje cudotwórcza ikona i jest podczas codziennej porannej Liturgii spuszczana do pokłonienia. widok na bramę wejściową

A oto jeden z cudów odnotowany pod 1710 rokiem. Młodzi rodzice przynoszą na górę chore dziecko. Gorąco tu się modlą, ale dziecko umiera. Wtedy kładą je przed ikoną Bogarodzicy. I Bóg wyjawia swą miłość. Dziecko ożywa.

Oprowadzający nas mnich komentuje: – Nie ma żarliwszej i silniejszej modlitwy, niż rodziców za dziecko. Modlitwa ta jest często wysłuchiwana.

Prepodobny Iow

Do raki z relikwiami św. Iowa stoją pielgrzymi w kilkudziesięciometrowej kolejce. Tak jak co dzień. Tylko troje ludzi narusza porządek. Przedzierają się jakby szturmem – dwoje młodych mężczyzn i kobieta – może ich matka? Jeden mężczyzna, czarny, rosły ma ręce skute kajdankami i spętane nogi. Drugiemu nogi w kolanach mocno rozchodzą się na boki i widać, jakiego trudu wymaga chodzenie. Tego w kajdankach siłą popychają, czy raczej przesuwają drobnymi kroczkami przed siebie. – Opętany – szepczą ludzie. Największej siły muszą użyć, by skłonić głowę zakutego mężczyzny i przyłożyć ją do raki świętego Iowa. Jakby silne pole magnetyczne odpychało ją od świętości. Z mężczyzny wydobywa się bezkształtny bulgot, tłumiony mocno zaciśniętą na ustach chustką. – Żeby brzydkie słowa w nim zdusić – podpowiadają jedni drugim w kolejce.

Do św. Iowa ciągną chorzy. Przyprowadzają do niego opętanych. Tu regularnie odbywają się tak zwane wyczytki na iscelenije od złego ducha, czyli długie modlitwy za uzdrowienie opętanych.

Św. Iow żył równo sto lat, w czasach, gdy zachodni Kościół, wzmocniony trwającym kilkanaście lat Soborem Trydenckim, całe swe siły po utracie milionów wiernych na zachodzie Europy (skutki reformacji) skierował na wchłonięcie prawosławnej Cerkwi. Przygotowywanie się do unii, nazwanej brzeską, potem jej wprowadzanie na siłę, popychało św. Iowa do polemicznego krzyku rozpaczy. Mocno on zabrzmiał między innymi w „Pszczole poczajowskiej”. I popychało do gorącej modlitwy. Święty, urodzony w1551 roku na Pokuciu, już jako 10-letni chłopiec prosił, by przyjęto go do monasteru. Po dwóch latach został postrzyżony. O mnichu wielkiej modlitwy i miłości usłyszał książę Konstanty Ostrogski. Poprosił ihumena, by pozwolił młodemu Iowowi przyjść do monasteru w Dubnie, który książę założył dla własnego zbawienia. W Dubnie św. Iow służył około dwudziestu lat. I wtedy sława jego gorliwości i polemicznego żaru, sądowych mów, broniących prawosławia, rozeszła się po całym Wołyniu. Uciekł od niej. Do Poczajowa. Ale bracia, gdy się dowiedzieli, jaki podwiżnik do nich przybył, uprosili go, by kierował ich monasterem. I tak został ihumenem poczajowskim aż do śmierci. Otrzymał od Boga dar uzdrawiania, widzenia przyszłości, czytania ludzkich myśli. Wiedział, kiedy odejdzie. Po przyjęciu Świętych Darów i namaszczeniu mirrem, pożegnał się z braćmi i zasnął w Panu. Przy Poczajowskiej Ikonie Matki Bożej

Po siedmiu latach i dziewięciu miesiącach jego ciało zostało zwrócone ludziom. Święty zjawił się kijowskiemu metropolicie Dionizemu (Bałabanowi) i powiedział, że zgodnie z Bożą wolą należy otworzyć jego grób. Dionizy prośby nie wykonał. Ale gdy święty zjawił się po raz trzeci i pogroził metropolicie, ciało świętego – okazało się, że nienaruszone przez czas i wydzielające przyjemny zapach – wydobyto z grobu i uroczyście przeniesiono do cerkwi na Poczajowskiej Górze.

Relikwie stoją obok pieczary, w której w czasie Wielkiego Postu chronił się święty przed zgiełkiem świata. Modlitwa i łzy były wtedy jego pożywieniem – mówią w Poczajowie. Święty tak długo klęczał, że skóra na jego kolanach odpadała od kości. Do dziś widać na nich blizny – mówi nasz mnich przewodnik.

Wąski przesmyk w skale – aż dziw, że może przezeń przesunąć się człowiek – prowadzi do pieczary św. Iowa.

Sława Ławry

Przed drugą wojną dla prawosławnych w Rzeczypospolitej, kiedy wygaszono mniszą modlitwę w Supraślu, w Jabłecznej bardzo kontrolowano jej płomień, monaster na Grabarce jeszcze nie istniał, Poczajów na Wołyniu był pątniczym centrum. Szli przeważnie małymi stróżkami – po jednym, kilku pątników, czasem całą rodziną. Zabierali suszony chleb, wodę czerpali ze studni, szli w znoju, nawet setki kilometrów, każdy ze swoją gwarą, w swoim odzieniu. W Poczajowie nie pytali, skąd przybywają. Rozpoznawali ich od razu. Ci co podążali z Polesia, Podlasia, Chełmszczyzny, mijali pewnie Krzemieniec, który rozsławił Słowacki, wszak tam się urodził i umieścił go na szczytach poezji. Z Krzemieńca mieli już tylko 24 kilometry. Gdzieś w połowie drogi między Krzemieńcem a Poczajowem strzelała im z całą mocą w niebo wyśniona, wyczekiwana, wyniosła, święta Poczajowska Góra. My zatrzymaliśmy się w zachwycie przy jej pierwszym odsłonięciu. Kadr utrwaliliśmy dla widzów polskiej telewizji. A oni? Jakąż radością musiały być napełnione ich serca, że jednak wytrwali w trudzie, że otarte stopy doniosły do Poczajowa! wejście do pieczary św. Iowa

Potem grupy pielgrzymów z Podlasia, Chełmszczyzny będziemy oglądać w międzywojennych wydaniach, które kamerze pokażą poczajowscy mnisi. Stoją gęsto, zasuszeni trudem, białe chustki kobiet świecą przy wysmaganych słońcem twarzach. W środku archimandryta ławry Dionizy (Waledyński), wybrany 8 lutego 1925 roku na metropolitę Cerkwi w Polsce.

Ludzie szli do Poczajowa, a poczajowscy bracia do ludzi – z misją. W międzywojniu było wiele tak zwanych nieetatowych parafii – zwłaszcza na Podlasiu i Łemkowszczyźnie. Tam na służbę posyłano mnichów z Poczajowa. Szeroko rozsiewali oni świętość Góry.

6

A dziś? Duży plac przy monasterze codziennie zapełniają gęsto poustawiane autokary i samochody pielgrzymów. Dla nich buduje się kolejny, kilkupiętrowy dom. Przyjeżdżają z różnych krajów, na nowo skrojonych przez powojenne granice. Najwięcej z zachodniej Ukrainy. A wśród nich są również unici i raskolnicy – jak tu powszechnie nazywają tych, którzy odeszli od kanonicznej Cerkwi. Podchodzą do spowiedzi. Mnisi od razu ich poznają. Tłumaczą, co znaczy przyjęcie Świętych Darów. Wielu przyjmuje je ze świadomością, że wybierają prawosławie. Wracają do swych domów i bywa, że stają się misjonarzami – w rodzinie, nawet wsiach, miasteczkach. Bywa, że zakładają parafialne wspólnoty i budują cerkwie, tak jak na przykład w Bereżanach, Kałuży, Kosowie czy Czerwonohradzie w Galicji.

http://www.przegladprawoslawny.pl/articles.php?id_n=1265&id=8

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.