Święty Starzec Porfiriusz Kavsokalybita – Atanazy Metropolita Limassol

 
 

Święty Starzec Porfiriusz Kavsokalybita

Atanazy Metropolita Limassol

Chciałem porozmawiać z wami, mi drodzy, o pamięci pewnego świętego, który zmarł 2 grudnia. To święty naszych czasów,wielki święty. Nie tylko opowiem wam historię, chciałbym też, abyśmy zobaczyli: wszystko, o czym uczy i mówi Cerkiew, może wcielić się w realne życie.

Starzec Porfiriusz (tak miał na imię) zmarł w 1992 r. Może słyszeliście o tym wielkim człowieku. Pan Bóg pozwolił, bym poznał go osobiście i to dość blisko. Wiele razy bywałem u niego. Ponieważ był atoskim mnichem, zmarł także na Atosie. Tak że tam właśnie go spotkałem. I być może byłem jednym z ostatnich, którzy z nim rozmawiali… Rozmawiałem z nim przez telefon w przeddzień jego śmierci. Ten starzec, mi drodzy, był wielkim zjawiskiem naszych czasów. Napisano o nim wiele książek na podstawie świadectw naocznych świadków. Sądzę, że można zgromadzić całe tomy, z opisami różnych przypadków, których świadkami byli ludzie znajdujący się przy nim, utrzymujący z nim kontakt. Opowiem wam o niektórych wydarzeniach z jego życia, które obserwowałem osobiście albo słyszałem o nich od ludzi, którzy go znali.

Rodzina starca Porfiriusza pochodziła z Azji Mniejszej, ale on sam urodził się w okolicach Aten. Kiedy był jeszcze dzieckiem, przeczytał żywot świętego Jana Kalybity. To był niezwykły święty. Pewnego razu postanowił odejść ze swego domu. Odszedł, został mnichem i po wielu latach postanowił wrócić do domu. Wszystko to działo się w Rzymie. Jego rodzice płakali, ponieważ stracili jedyne drogie dziecko. Święty Jan spędził u nich około trzydziestu lat. Jego rodzice byli ludźmi bardzo bogatymi, ale święty zamieszkał w szałasie, który zbudowali dla niego, ponieważ wzięli go za ubogiego wędrowca. Żył więc w tym szałasie w ogrodzie swego domu, śmiali się z niego jego niewolnicy, rzucali mu jakieś ogryzki, dręczyli go i szydzili z niego. A on nadal tam mieszkał, znosząc to wszystko aż do śmierci. Tuż przed śmiercią oddał swoim rodzicom rękopiśmienną Ewangelię którą podarowała mu matka. W ten sposób poznali, że to był ich syn. Ale on zaraz umarł. Ta mała rękopiśmienna Ewangelia świętego Jana Kalybity po dziś dzień jest przechowywana na Atosie.

Kiedy przyszedł ojciec Porfiriusz przeczytał ten żywot, mając około dwunastu lat, poczuł w swoim sercu wielką miłość do Chrystusa i postanowił zostać mnichem. W tym czasie dostać się na Atos nie było łatwo, to miejsce znajdowało się z dala od świata. Dwukrotnie próbował dotrzeć na Atos, ale bez powdzenia. Za trzecim razem przybył na Świętą Górę., kiedy miał piętnaście lat. Poszedł do skitu Kavsokaliwia. Kavsokaliwia znajduje się na końcu półwyspu Atos, to jedno z najbardziej oddalonych i odludnych miejsc. W tej części półwyspu są same skały. Wiem o tym, ponieważ też tam mieszkałem w Nowym Skicie. Nowy Skit, Święta Anna, Katounaki, Kavsokaliwia – wszystkie te miejsca położone są na stokach góry Atos, wśród kamieni i skał. Jeżeli iść do domu starca Porfiriusza od strony morza, trzeba wchodzić pod górę około czterdziestu pięciu minut i jest to bardzo trudne podejście. Trzeba być, że tak powiem, bardzo wytrenowanym, żeby mieszkać w tych miejscach.

Przyszły asceta przybył tutaj i wstąpił do nowicjatu u pewnych pobożnych starców. Kiedy miał zaledwie siedemnaście lat, pozostał w nowicjacie u swoich duchowych wychowawców, i prowadził życie ascetyczne, zaczął się u niego przejawiać dar prorokowania, to znaczy w jego duszy zaczął przejawiać się dar Ducha Świętego, który odsłaniał przed nim wydarzenia: albo przyszłe, albo minione, albo dziejące się równocześnie. W wieku dziewiętnastu lat ciężko zachorował na zapalenie płuc i starcy wysłali go do Aten na leczenie, a lekarze nie pozwolili mu wrócić na Atos. Tak więc kiedy miał około dwudziestu lat, odwiedził go arcybiskup Synaju Porfiriusz i rozmawiał z nim. Młodzieniec odsłonił przed nim to, co działo się w jego monasterze, chociaż nigdy tam nie był. Opisał monaster, opisał każdego mnicha z osobna, powiedział jakie każdy z nich miał trudności, i jak powinien postępować arcybiskup w każdym z tych przypadków. Arcybiskup był wstrząśnięty i wyświęcił go na diakona, a potem na kapłana, nadał mu imię Porfiriusz i błogosławił na posługę spowiednika, mimo jego młodego wieku. Ojciec Porfiriusz pozostał w Atenach i zaczął pełnić posługę duszpasterską w szpitalnej cerkwi przy placu Omona. Ten szpital istnieje do dziś. Jest tam mała cerkiew Świętego Gerasyma, a ojciec Porfiriusz był proboszczem tej cerkwi. Od tego czasu ujawniło się u ojca Porfiriusza wiele darów Bożych. Na przykład, przychodzili do niego chorzy i starzec stawiał im dokładną diagnozę. Korygował nawet lekarzy i mówił na co cierpią chorzy. Sami lekarze często zaświadczają: zwracali się do starca, żeby zdiagnozował chorobę pacjenta. Później starzec oczywiście nie raz jeździł na Atos. Bardzo chciał tam pozostać, ale miał tak słabe zdrowie, był tak schorowany, że w żaden sposób nie mógł tego zrobić. Kiedy tylko starzec przyjeżdżał na Świętą Górę, zaczynał chorować i odwożono go z powrotem, a później znów przyjeżdżał. Przez cały czas tak jeździł tam i z powrotem – na Atos i z Atosu.

Z zewnątrz życie starca nie wyglądało zbyt interesująco, było to życie zwykłego duchowego. Oczywiście starzec był człowiekiem pogrążonym w modlitwie. Zwykle mieszkał w furgonetce w lesie koło Aten. Wtedy wokół Aten były lasy, dopiero teraz wszystko zostało spalone. Tak więc starzec mieszkał w odludnych miejscach, a we dnie pełnił posługę w szpitalu. Pod koniec życia, przewidując swoją śmierć, starzec napisał testament, wyjechał z Aten na Atos do Kavsokaliwii i tam zmarł 2 grudnia 1992 roku. Tak w kilku słowach wyglądała zewnętrzna strona jego życia.

A teraz opowiem wam zadziwiające rzeczy o tym człowieku. Najpierw – o tym, jak go poznałem. Jak już mówiłem, byliśmy sąsiadami na Atosie. My mieszkaliśmy w Nowym Skicie, a on – w skicie Kavsokaliwia. Słyszeliśmy, że posiadał on wielkie dary Boże. I oto pewnego razu, dowiedziawszy się, że przyjechał do Kavsokaliwii, postanowiliśmy go odwiedzić. Przyszliśmy do niego rankiem. Starzec siedział pod drzewem i jadł. Nie pamiętam co konkretnie jadł, może było to śniadanie. Podeszliśmy i przywitaliśmy go. „Skąd jesteście?” – „Z Nowego Skitu”. A potem powiedział: „Ojcowie, nie mogę dłużej z wami rozmawiać, ponieważ jestem chory”. Odpowiedzieliśmy: „Dobrze. Jeśli ojciec nie może, nie będziemy nalegać”. Wtedy starzec poszedł do swojej celi i położył ię, a my odeszliśmy na dość dużą odległość. Wtedy podszedł do nas jakiś mnich i powiedział: „O tej porze starzec zawsze źle się czuje, a potem mu się polepszy. Tak że poczekajcie, żeby was przyjął”. Przypłynęliśmy tu łódką. Mieliśmy wtedy na Atosie łódki i sami łowiliśmy ryby. Kiedy mnich nam to mówił, byliśmy bardzo daleko od celi starca. Ale gdy tylko skończył, usłyszeliśmy dzwonek. Starzec dzwonił dzwonkiem, kiedy czegoś potrzebował. Wezwał tego mnicha i powiedział mu: „Czemu powiedziałeś ojcom, że po południu poczuję się lepiej?”. Było zupełnie niemożliwe, żeby nas usłyszał, byliśmy daleko. Ojciec Porfiriusz ciągnął: „Powiedz im, żeby odjechali, ponieważ po południu pogoda się popsuje i nie będą mogli popłynąć z powrotem łódką”. Mnich poszedł do nas, przeprosił i powiedział: „Starzec wszystko wie i powiedział żebyście wyjechali. Pogoda bardzo się popsuje”. Jednak nie widzieliśmy żadnych oznak pogorszenia pogodny. Ale skoro kazał wyjeżdżać, odjechaliśmy. Wsiedliśmy do łódki i popłynęliśmy. A po południu pogoda gwałtownie się popsuła, luną deszcz, tak że nie mogliśmy wyjechać, a łódka znalazłaby się w niebezpieczeństwie. To było nasze pierwsze spotkanie.

Drugie spotkanie miało miejsce, kiedy zachorował nasz ihumen – miał atak serca – i myśleliśmy, bardzo jeszcze młodzi chłopcy, że umrze. Ogarnęła nas panika: ihumen umrze i co będziemy robić sami w pustelni? Najstarszym byłem ja, miałem dwadzieścia trzy lata, a pozostali byli młodsi. Było nas wtedy około dwudziestu mnichów. Jeździłem do Salonik w swoich sprawach i po drodze spotkałem mnicha, ucznia starca Porfiriusza, który powiedział mi: „Oto telefon starca, zadzwoń, porozmawiaj z nim. Zadzwoń do niego o piątej rano, o tej porze odpowiada na dzwonki”. Tak właśnie zrobiłem. Zadzwoniłem o piątej rano i zacząłem czekać, denerwując się równocześnie, że obudzę kogoś telefonem i zostanę zbesztany. Czekałem, czekałem, ale nikt nie odbierał. Co miałem robić – postanowiłem odmówić akatyst do Matki Bożej, a potem znów zadzwonić, ale najpierw pomodlić się, żeby udało się porozmawiać e starcem. Czytałem akatyst i kiedy doszedłem do ostatnich modlitw, zacząłem naciskać na guzik telefonu. To znaczy, naciskałem guziki i jednocześnie doczytywałem akatyst. Pd koniec akatystu starzec podniósł słuchawkę i odezwał się z Aten. Odpowiedział mi następującymi słowami: „Raduj się, Oblubienico niezaślubiona!”. Powiedział przez telefon słowa, które czytałem w swojej modlitwie. Potem spytał: „Kto mówi?” – „Ojciec Atanazy z Atosu, abba”. – „W jakiej sprawie dzwonisz?” – „Mam zmartwienie. Nasz ihumen zachorował”. I wtedy, moi drodzy, ojciec Porfiriusz ściśle opisał stan naszego ihumena, wszystkie symptomy jego choroby, powiedział co mu się stało i co powinien zrobić. I to wszystko przez telefon. Oto jaka wywiązała się między nami rozmowa.

Potem bywałem u niego wiele razy. Niedługo przed śmiercią rozmawialiśmy przez telefon, wtedy, kiedy nasz ihumen namawiał mnie, żeby, pojechał na Cypr, a ja nie chciałem i starałem się znaleźć jakiegoś starca, który potrzymałby mnie w tym zamiarze i przekonał mojego ihumena, nalegającego, bym wyjechał. Postanowiłem zwrócić się do wszystkich znanych starców i powiedzieć im, że właściwie chciałbym pojechać na Cypr, i gdyby mi powiedzieli, że nie powinienem jechać, miałbym argument: „Widzicie, starzec Porfiriusz powiedział mi <<nie jechać>>”. Tak więc zadzwoniłem do ojca Porfiriusza, a on, naturalnie, powiedział mi, żebym jechał na Cypr. Wszystko, co powiedziałem, dotyczy mojej osobistej znajomości ze starcem Porfiriuszem i moich kontaktów z nim.

Ale opowiem wam jeszcze o kilku wydarzeniach, które tutaj miały miejsce… Nie wiem, czy ktoś z was pamięta dziewczynę z Limassol, Marię Wysocką. Miała powyżej dwóch metrów wysokości. Pod koniec życia zgarbiła się, chodziła o kulach, potem jeździła na wózku. Była olbrzymia, podobna do straszydła, miała ogromne dłonie. Jej buty ( w moim monasterze został jeden jej but) miały 57 numer. Jej dłoń była trzy razy większa od mojej. Był u nas pewien mnich, ojciec Nifon. Zanim przyszedł do monasteru, sprzedawał jabłka. Kidy miał piętnaście czy szesnaście lat, poszedł sprzedawać jabłka do wsi, w której mieszkała Maria. Miał dwa pudła jabłek i zastukał do drzwi jakiegoś domu. Wtedy otworzyły się drzwi i wyszła Maria, prawdziwe straszydło. Sprzedawca ze strachu upuścił jabłka i rzucił się do ucieczki. I ta właśnie dziewczyna była świętą duszą, była naprawdę święta. I mimo jej zewnętrznego wyglądu, małe dzieci zupełnie się jej nie bały. Pocieszała wielu ludzi. To znaczy była duchową matką w pełnym tego słowa znaczeniu.

W miarę jak rosła stawała się coraz większa i większa… W kocu osiągnęła mniej więcej dwa metry i czterdzieści centymetrów wzrostu. W szpitalu łączono dwa łóżka, żeby mogła się zmieścić. A kiedy umarła, jej trumna była niewiarygodnie wielka. Zapraszano ją do Ameryki, żeby przeprowadzić badania i ustalić przyczynę takiego wzrostu. A w głowie Maria miała guz i powiedziano jej, że ten guz uciska oczy i, że straci wzrok, oślepnie. Maria oczywiście przestraszyła się i pojechała do Ameryki na koszt państwa, żeby ją zbadali i pomogli zachować wzrok. Poza tym czuła się dobrze. W Ameryce znani lekarze urządzili konsylium, jedni mówili, że cierpi na gigantym, inni wysuwali jakieś inne przypuszczenia. Nie mogli jednak ściśle określić co się stało z Marią i dlaczego stała się takim olbrzymem. Lekarze zaproponowali jej, żeby sprzedała swój szkielet, aby go zachować do celów naukowych, ponieważ była dla nich fenomenem, a ona, kiedy to usłyszała, bardo się zdenerwowała. W takim stanie Maria przyjechała z Bostonu do Aten. Tam pewna jej znajoma dziewczyna zaproponowała: „Pojedźmy do starca Porfiriusa do Pendeli!” Maria, która nic nie wiedziała o starcach, odparła: „Zostaw mnie w spokoju, jeździłam już do Ameryki do uczonych. Co mi pomoże ten starzec?” – „A jednak pojedźmy, on jest ślepy i nie bardzo dobrze mówi”. Maria odpowiedziała: „Tym bardziej, jeżeli jest ślepy i nie bardzo dobrze mówi, po co mamy jechać – żeby usłyszeć, jak się będzie modlić?” Tak mówiła Maria, ponieważ ogarnęła ją rozpacz. Jednak wszyscy ją namawiali, żeby pojechała do starca. Pojechała z nią jej matka (pani Konstancja, która żyje do tej pory), pewna mniszka i jeszcze kilka osób. Przyjechali do starca, poszli do jego celi, a starzec Porfiriusz był już w tym czasie ślepy. Gdy tylko przyszli, powiedział Marii: „Namawiała cię twoja przyjaciółka, czumu nie przyjechałaś? Dlatego, że będę coś mamrotać?”. Starzec powiedział dokładnie te słowa, które mówiła Maria. Zmieszała się, nie rozumiała. Starzec spytał co ci jest?”. Maria odpowiedziała z płaczem: „Abba, ja starzec wzrok”. – „Nie stracisz, moja droga, ale będą ci się łamać kości”. – „Nie abba, kości mam w porządku. Stracę wzrok”. – „Nie wzrok, tylko kości”. Maria po raz trzeci powiedziała: „Wzrok abba”. – „Moja droga, nie wzrok tylko twoje kości będą się łamać”. Ale ona tego nie zrozumiała. Wtedy starzec kazał jej uklęknąć. Maria uklęknęła, starzec położył jej ręce na głowę i zaczął się modlić. Jak opowiadała mi potem Maria, poczuła wtedy, że w jej głowie wszystko zakipiało. Potem starzec powiedział: „Nie stracisz wzroku, ale twoje kości będą się kruszyć i wysuwać się na wierzch”. Maria nie wierzyła: „Ale przecież lekarze mi powiedzieli, że moje kości są zupełnie w porządku”. Starzec spytał: „A dlaczego to się z tobą stało? Czy lekarze ci powiedzieli?” – „Nie znaleźli przyczyny, abba. Powiedzieli, że to gigantyzm, ale przyczyny nie znaleźli”. Wtedy starzec spytał matkę Marii: „Czy pamiętasz jak byłaś brzemienna z Marią?”. Wtedy Maria miała już czterdzieści trzy lata, tak że biedna pani Konstancja, już niemłoda odparła: „Hm… pamiętam, abba, no tak, pamiętam”. „Pamiętasz, kiedy byłaś w drugim miesiącu ciąży, często miałaś mdłości?” – Niejasno sobie przypominam”. „Pamiętasz, jak mąż zaprowadził cię do lekarza?” – „Jak mogę teraz pamiętać lekarza?” Wtedy starzec zaczął opisywać jej wszystko po kolei: „Przypomnij sobie, jak jechaliście autobusem z waszej wsi. Jak wysiedliście na placu”. I ślepy starzec opisał, jak wyglądał ten plac czterdzieści dwa lata temu. „Potem twój mąż odprowadził cię na… ulicę”. I starzec opisał ulicę, tak że Konstancja ją sobie przypomniała. „Mąż przyprowadził cię do lekarskiej poczekalni z zielonymi drzwiami. Weszłaś do środka. Pamiętasz?” – „Pamiętam”. „Powiedziałaś lekarzowi, że często masz mdłości, ponieważ jesteś w ciąży, a on dał ci pudełeczko z tabletkami, tam było piętnaście tabletek pamiętasz?” – „Pamiętam, abba”. – A więc to były tabletki od epilepsji, lekarz się pomylił i dał ci tabletki od epilepsji. Ty je przyjęłaś a zarodek zdeformował się, dlatego urodziła ci się taka córka”. Potem zawiadomili o tej przyczynie uczonych i wszystko się potwierdziło. Co było potem? Maria przestała tracić wzrok, ale jej kości zaczęły się kruszyć. Kiedyś przy mnie jedna jej kość zaczęła pękać, rozsypywać się, jak przepowiedział starzec. Kiedy Maria wyszła z celi, starzec powiedział o niej: „To święta”.

Opowiem wam jeszcze jedną historię. Dowiedziałem się tego od samego bohatera tej historii w zeszłym roku, kiedy byłem w Atenach. Pewna bogata kobieta była duchowym dzieckiem starca Porfifiusza, miała syna, który zakochał się w dziewczynie z Aten. Do cerkwi wtedy nie chodził i nie miał specjalnego zaufania do duchownych ani do czegokolwiek związanego z Cerkwią. A więc zakochał się w tej dziewczynie, ale matce ona się nie podobała, nie wiem dlaczego, ale nie podobała się. W końcu matka spytała starca: „Abba, czy ta dziewczyna nadaje się dla mojego syna?”. Starzec odpowiedział: „Nie, nie nadaje się, moja droga”. – „Ale jak mam go przekonać?” Starzec odparł: „Powiedz mu żeby przyjechał do mnie porozmawiać”. Matka przekazała to synowi, ale on nie chciał: „Jechać gdzieś do jakiegoś starca, żeby mi coś tam powiedział”. I młodszy człowiek nigdzie nie pojechał. A był on milionerem, miał bardzo dużo pieniędzy. Postanowił pojechać ze swoją dziewczyną do Londynu i tam się jej oświadczyć. Powiedział rodzicom, że się zaręczy z tą dziewczyną, czy chcą tego, czy nie. „Wszystko postanowione. Wezmę ja ze sobą i zaręczymy się, a wy róbcie , co chcecie”. Matka powiedziała o tym starcowi, a on odpowiedział: „Dobrze, powiedz mu, żeby choćby teraz, kiedy pojedzie do Londynu, zadzwonił do mnie, żebym pobłogosławił go przed zaręczynami. Postaw mu warunek. Powiedz mu: dobrze, mój synu, daję ci błogosławieństwo na ten ślub, ale zadzwoń do starca”. Matka dała synowi telefon starca, mówiąc mu (opowiadał mi o tym sam młody człowiek): „Dobrze, bierz ją za żonę, skoro ją kochasz, ale pd jednym warunkiem – zanim się jej oświadczysz, przed waszymi zaręczynami, zadzwoń do starca i poproś o błogosławieństwo. Jeśli tak zrobisz, to z naszej strony nie będzie sprzeciwu, żeń się z nią, a my oddamy ci cały nasz spadek”. Syn odpowiedział: „Skoro na tym polega cały problem, to nich już będzie, zadzwonię do niego”. Pojechał do Londynu, wszedł do pokoju hotelowego ze swoją dziewczyną, potem zszedł do recepcji i poprosił o możliwość skorzystania z telefonu. Swojej dziewczynie nic o tym nie powiedział, ani, że będzie dzwonić do starca Porfiriusza: wstydził się. I co miał jej powiedzieć? Że poszedł dzwonić do ślepego mnicha? Chyba i tak by tego nie zrozumiała. Tak więc zadzwonił do starca i mówi: „Abba, tu Dymitr, chcę poprosić was o błogosławieństwo”. Starzec odpowiedział mu: „Poczekaj chwilę nie odkładaj słuchawki”. W telefonie rozległ się jakiś szmer i młodzieniec podłączył się do linii telefonicznej swojego pokoju hotelowego. Wyobraźcie sobie: w hotelu mającym trzysta metrów! A więc połączył się z linią ze swojego pokoju, gdzie została jego dziewczyna, i nagle usłyszał, że rozmawia ze swoim przyjacielem z Aten i mówi: „Przyjechaliśmy do Londynu, dzisiaj mi się oświadczy i zaręczymy się. Potem go oskubię, wycisnę z niego wszystkie jego pieniądze i wrócę do ciebie, ponieważ tylko ciebie kocham” – i tak dalej w tym stylu. Oszołomiony młody człowiek słuchał dialogu swej dziewczyny z jej przyjacielem. Kiedy wysłuchał tej rozmowy, znów usłyszał szmer w telefonie, a potem słowa starca: „Czego ty chcesz, mój drogi?” – „Niczego, abba, pobłogosław” – odpowiedział młodzieniec, odłożył słuchawkę i zerwał te stosunki, które doprowadziłyby do nieszczęścia.

Jeszcze jeden przypadek. Kiedyś mniszki z monasteru w pobliżu Salaminy kolo Aten pojechały odwiedzić żeński monaster Świętego Jana Teologa w Artes. Pojechał tam pełny autobus, około czterdziestu – czterdziestu pięciu osób. W drodze powrotnej wstąpił do Aten, żeby otrzymać błogosławieństwo starca Porfiriusza. Ponieważ już się ściemniało, ihumenia powiedziała: „Siostry, przyjmiemy tylko błogosławieństwo starca i wyjedziemy. Nie będziemy się zatrzymywać, nie będziemy rozmawiać, tylko ucałujemy jego rękę i pojedziemy; już późno i nie wiadomo kiedy dotrzemy do monasteru. Do monasteru do Aten musimy jechać cztery godziny przy małym ruchu i pięć przy dużym. Jeżeli jechać nocą, nie dojedziemy”. Wszystkie poszły do starca. Starzec ucieszył się, że przyjechało tak wiele mniszek i powiedział: „Siadajcie”. Cóż począć, trzeba było z grzeczności usiąść, a starzec zaczął z nimi długą rozmowę. Ihumeni siedziała, myśląc w duszy: „Bogarodzico moja, co robić?”. Patrzyła na zegarek, a czas uciekał. Potem mówi: „Abba, wybaczcie”. A starzec na to: „Poczekajcie, poczekajcie.” – „Abba musimy już jechać”. – „Nie śpieszcie się, nie śpieszcie”. – „Abba, czeka na nas autobus”. – „Zdążycie, zdążycie”. Ihumenia sama mi potem powiedziała: „Czekałam, czekałam, wciąż patrzyłam na zegarek, siedziałam jak na rozżarzonych węglach”. W końcu nie wytrzymała, zdenerwowana wstała i powiedziała: „Abba, wybaczcie. Musimy jechać.” Starzec odpowiedział: „Czemu się tak zdenerwowałaś? Chcesz jechać? No cóż, jedźcie”. Mniszki przyjęły błogosławieństwo i pobiegły do autobusu. Gdy tylko wsiadły i autobus miał ruszać, przybiegła ostatnia mniszka, która zatrzymała się u starca, i krzyczy: „Starzec wzywa do siebie ihumenię!” Cóż robić, ihumenia wyszła z autobusu, biegnie do starca i pyta: „Co się stało abba?” A on jej odpowiedział: „Wiesz my tutaj mamy taką cerkiewną radiostację, nadają w niej bardzo dobre programy. Usiądź, włączę ci, żebyś posłuchała”. Ihumenia usiadła, starzec nacisną włącznik radia i dał jej posłuchać transmisji z cerkwi w Pireusie. Oczywiście, ihumenia omal nie oszalała. Ostatecznie utraciwszy spokój zaczęła błagać: „Abba, proszę, musimy już jechać. Nie mogę już dłużej zostać”. – „No, moja droga, tak nie można. Zdążysz”. Starzec uśmiechną się i ciągnął: „Zdążysz, zdążysz, nie krzycz”. Ihumenia opowiadała, że patrzyła na zegarek, a czas wciąż uciekał: 19:30, 19:40, 19:50… „Matko Boża, o której przyjedziemy do monasteru, o drugiej w nocy?” – lamentowała. „Wyszłam z jego celi o 20.10, wiem, bo spojrzałam na zegarek”. Kiedy chciała już wyjechać, starzec powiedział: „Jest tutaj pewna dziewczynka, czy nie zawiozłybyście jej do Aten?”. Ihymenia opowiadała potem, że w tym momencie pomyślała: „Teraz na dodatek musimy jeszcze jechać przez centrum Aten! O której się stamtąd wydostaniemy?”. Ale ponieważ poprosił ją starzec, z szacunku odpowiedziała: „Tak, oczywiście, weźmiemy ją ze sobą, cóż mamy robić”. Tak że wyjechały od starca o 20.10 i jeszcze dosiadła się dziewczynka. Kiedy wyjechały do Aten, utknęły w długim korku, a na dodatek kierowca musiał zatankować benzynę. W rezultacie przyjechały do monasteru, jak obliczyły, po pięciu godzinach drogi. Poza tym w autobusie były jeszcze mniszki z Artes, które zabrały ze sobą. Tak że razem było ich pięćdziesiąt mniszek. Ihumenia po drodze niepokoiła się i mówiła: „Przyjedziemy do monasteru o pierwszej, albo o drugiej w nocy. Kto nam otworzy? Co zrobimy?”. Ale kiedy przyjechały, z niepojętego powodu monaster był oświetlony. Jakaś mniszka w bramie powiedziała im: „Wchodźcie”. Ihumenia rozgniewała się, że o takiej porze mniszki jeszcze nie śpią. Chciała je zbesztać, ale krępowała się gości. Ihumenia powiedziała gościom: „Witajcie” i wtedy zebrały się wszystkie mniszki. Ihumenia spytała je: „Dlaczego o tej porze jeszcze nie śpicie? Czy nie wstyd wam przed gośćmi? Przecież już późno”. Usiadły w sali, żeby ugościć przyjezdnych, a ihumenia myślała: „Cóż to jest, czy wszyscy powariowali, że doczekali tak późnej godziny?” Potem powiedziała: „Proszę usiąść i coś zjeść”. – „Czekałyśmy na was”. – „Co się z wami dzieje? Czekałyście do drugiej w nocy, żeby zjeść?” Mniszki patrzyły na siebie ze zdziwieniem: „Co się dzieje z ihumenią?” – „Co się dzieje z mną? Czy można siedzieć bez jedzenia tyle czasu?” A wy czekacie do późnej nocy, aż przyjdziemy. Która teraz godzina?” Popatrzyła na zegarek – była 20.20. Jak to się mogło stać, moi drodzy? Czy możecie to wyjaśnić? W ciągu kilku minut pokonały dystans pięciu godzin. No dobrze, gdyby ihumenia była sama, można by było wyjaśnić, że miała zaćmienie umysłu i opowiadała bajki. Ale przecież był ich cały autobus. Opowiadała nam o tym sama ihumenia, która była w tym autobusie. Jak to jest możliwe? A następnego dnia rano zadzwonił do niej starzec i spytał: „Zastałaś monaster otwarty?”.

Jeszcze przed tym wydarzeniem ihumenia miała operację serca, ponieważ miała problemy z sercem, i wtedy poznała starca Porfiriusza: przedtem go nie znała. Wróciła po operacji i wieczorem poszła na nocne nabożeństwo. Ponieważ bardzo dobrze śpiewała, mniszki zaczęły ją namawiać: „Śpiewajcie, ihumenio!”. Zachęcały ją i zaśpiewała. Ale kiedy doszła do „Święty Boże, Święty Mocny, Święty i Nieśmiertelny”, kiedy trzeba było wytężyć głos, wziąć bardzo wysoką nutę, zaśpiewała tak, jak zwykle śpiewają kobiety wysokim głosem (a miała bardzo mocny głos). Wytężyła głos, zaśpiewała bardzo głośno, ale poczuła, że w środku jej coś pękło i zrozumiała, że uszkodziła jakiś narząd wewnętrzny. W tym czasie nie znała jeszcze starca Porfiriusza i on jej nie znał. Kiedy skończyła się liturgia, ihumenia poszła do swojej celi. O czwartej rano zadzwonił telefon. Ihumenia podniosła słuchawkę, dziwiąc się, kto może dzwonić o takiej porze. Kiedy się odezwała, usłyszała w słuchawce: „Tu ojciec Porfiriusz z Aten,z Oropos” – „Bardzo mi miło, ojcze.” Oczywiście już coś o nim słyszała. Ojciec Porfiriusz ciągnął: „Moja droga, cóż ty tak zaśpiewałaś >>Nieśmiertelny<<? Przecież dopiero co miałaś operację! Na szczęście usłyszał cię Nieśmiertelny i uratował od śmierci, ponieważ śpiewałaś tak, że w ogóle powinnaś umrzeć na miejscu”. Ihumenia zupełnie się zagubiła: Skąd starzec mógł o tym wiedzieć, jak to usłyszał?

Oto jeszcze dwa przypadki, które zdarzyły się na Atosie. Pewien mój przyjaciel, kapłan, hieromnich, modląc się pewnego wieczoru (tylko nie przestraszcie się tego, co opowiem), usłyszał kroki na korytarzu hezychastrionu, gdzie mieszkał. Nagle otworzyły się drzwi i wszedł szatan. I wtedy się zaczęło! Złapał tego ascetę a gardło, przewrócił go na ziemię i zaczęła się między nimi walka. Już pod sam koniec uderzył hieromnicha w pierś. Nazajutrz duchowny nikomu o tym nie powiedział. Wtedy też zadzwonił telefon, był to też starzec Porfiriusz i także nie znali się przedtem. Ojciec Porfiriusz powiedział: „Dobrze się wczoraj spisałeś. Tylko za ten cios będziesz musiał zapłacić”. Hieromnich spytał: „A kto mówi?” – „Ojciec Porfiriusz”. – „Jak będę musiał zapłacić, abba?” – Ojciec Porfiriusz odparł: „Przyjmiesz worek lekarstw”. I cóż, minęło niewiele czasu i mnich zaczął kaszleć krwią, zapadł na gruźlicę i sami wiecie, ile tabletek przyjmuje cierpiący na tę chorobę.

Drugi przypadek miał miejsce w naszym skicie. Był u nas niejaki ojciec Joachim, przedtem – w świecie archimandryta. Naczytał się książek o ascezie i przyszedł na Świętą Górę. Nie miał doświadczenia w życiu monastycznym. Chociaż był dobrym archimandrytą, ale monastycyzmu nie znał. Wziął ze sobą mnóstwo książek, czytał i zamierzał przy ich pomocy zostać ascetą. Zamkną się w swoim pokoju i starał się naśladować ascetów. Starzec Porfiriusz „zobaczył” go z Aten i wysłał do niego pewnego człowieka, żeby mu przekazać: „Przestań zamykać się w swoim pokoju. Tak dłużej być nie może. Wychodź na dwór, zajmuj się ogrodem, podlewaj kwiaty, drzewa”.

Pewna ihumenia z Serbii opowiadała mi, jak pewnego razu do ich monasteru zadzwonił starzec Porfiriusz, choć ich nie znał. Było to jeszcze w czasach władzy komunistycznej. Tak więc zadzwonił i powiedział ihumeni: „Matko ihumenio, dzisiaj wieczorem wrzucono wam do studni truciznę, żeby wszystkie umarły, żeby wszystkie mniszki się otruły. Nie pijcie wody z tej studni, ona jest zatruta, tylko zacznijcie kopać u siebie w monasterze, a dopóki nie znajdziecie wody, nie pijcie z tej studni”.

W roku 1979 przyjmowaliśmy u siebie pewnego katolickiego zakonnika, Włocha, który przyjechał na Atos. Doskonale mówił po grecku i mieszkał z nimi sześć miesięcy. Pewnego razu, kiedy jeździłem do Aten, wziąłem go ze sobą do starca Porfiriusza. Wstąpiliśmy do niego, a starzec był ślepy i nic nie wiedział o tym zakonniku – ani, że jest katolikiem, ani że jest Włochem. Zakonnik bardzo dobrze mówił po grecku i nosił ubiór bardzo podobny do naszego. Nie można się było domyślić, że jest katolikiem. Nawet mieszkańcy Atosu nie wiedzieli, że jest Włochem i katolickim zakonnikiem (nie mówiliśmy im o tym, żeby nie było problemów: na Atosie sytuacja jest napięta, katolikom nie jest łatwo swobodnie poruszać się po Świętej Górze). Starzec wszedł do pokoju i zaczął opisywać tego zakonnika, a potem spytał: „A jak się nazywa twój monaster?” – „Świętego Jana Teologa”. Wtedy starzec dokładnie opisał mu jego monaster we Włoszech, powiedział, gdzie na jego terenie jest woda i jak głęboko.

Życie starca, moi drodzy, było pełne takich cudów. Starzec opisywał wydarzenia, które działy się tysiące lat temu. Pamiętam odwiedziny starca w monasterze Trójcy Świętej w Tebach. Przyjechał i powiedział mniszkom: „Tutaj trzy i pół lat temu była świątynia Apollina, i tyle a tyle metrów pod cerkwią znajdują się ruiny tej świątyni. Dlatego, kiedy będziecie budować, nie zapraszajcie nikogo z urzędu archeologicznego. Zaczną się wykopaliska, znajdą ruiny i zatrzymają budowę”. Mniszki odpowiedziały: „Tutaj nie był żadnych ruin, niczegośmy nie widziały”. Po trzęsieniu ziemi w Atenach mniszki musiały zacząć budowę i kiedy rozkopano fundament, znaleziono ruiny, o których mówił starzec.

Pewien bogaty człowiek, pan Vasos, kupił ziemię w Atenach nad brzegiem morza i powiedział o tym starcowi. Starzec odparł: „Ziemię kupiłeś, ale ona jest pełna grobów”. Pan Vasos uznał, że starzec postradał rozum: „Na brzegu morza groby?” – „Tak, na brzegu” – „Na brzegu?” – „Mówię ci, że na brzegu”. – „Nie ma tam żadnych grobów”. – „Dobrze poszukaj, to zobaczysz”. Kiedy ów człowiek zabrał się do budowy domu i rozkopał ziemię, znalazł tam jedenaście starożytnych przedchrześcijańskich pochówków.

Pewien duchowy syn starca pracował w Atenach w NASA. Pamiętacie, jak jeden statek kosmiczny wysłali w kosmos i w żaden sposób nie mogli sprowadzić na ziemię? Wtedy zorganizowano międzynarodową naradę i zebrano najwybitniejszych uczonych w tej dziedzinie, żeby rozstrzygnąć, co robić ze statkiem kosmicznym. Duchowy syn, zanim pojechał do Ameryki, odwiedził starca, pragnąc otrzymać błogosławieństwo: jadę do Ameryki, bo wyniknął pewien problem. „Jaki problem?” – zapytał starzec. „Statek kosmiczny nie może wrócić.” – „Co się z nim stało, że nie wraca?” – „Nie wraca i tyle, abba”. – „Poczekaj, zbadajmy go, zobaczymy”. I to wszystko opowiadał człowiek, który zna się na statkach kosmicznych. „Zbadamy go w dwie minuty” – powiedział starzec i zaczął dokładnie opisywać statek kosmiczny i miejsce, gdzie nastąpiła awaria. „Tutaj jest uszkodzenie”. – „Jak mamy je naprawić?” Starzec wyjaśnił, jak naprawić uszkodzenie, a potem powiedział: „Kiedy będziesz na naradzie, z początku sam niczego nie mów, daj wszystkim się wypowiedzieć, ale oni sami nie znajdą tego uszkodzenia, nikt się nie domyśli, co się stało. Kiedy wyłożą swoje teorie, ty wystąpisz na końcu i nawet dostaniesz nagrodę”. Duchowy syn starca wyjechał do Ameryki. Ale kto tam miałby zwracać uwagę na Greka: skąd mogą cokolwiek wiedzieć Grecy, którzy patrzą w kosmos przez lornetkę zamiast przez teleskop? Kiedy już zabrali głos specjaliści, którzy budowali ten statek, i nie potrafili niczego ustalić i znaleźć uszkodzenia, Grek pomyślał: „No cóż, chyba teraz wystąpię? A jeżeli to, co powiem, będzie niesłuszne? Wyśmieją mnie – przecież w Atenach nie ma statków kosmicznych”. Upewnił się, że uczeni nie znaleźli uszkodzenia i skromnie powiedział: „Wydaje mi się, że problem wygląda tak…” – i rozwiną swoją myśl. Odpowiedziano mu: „To niemożliwe”. Wtedy Grek powiedział: „Sprawdźcie i zróbcie to”. Zrobiono dokładnie to, co powiedział starzec. Oczywiście jego duchowy syn nie powiedział uczonym, kto w rzeczywistości znalazł uszkodzenie, tylko powiedział że znalazł je pewien starszy człowiek. Uczeni zrobili to, co powiedział starzec Porfiriusz, natychmiast połączyli się ze statkiem kosmicznym i zdołali sprowadzić go na ziemię.

Takich zadziwiających wydarzeń było mnóstwo, napisano o nich całe tomy. Nie wiem, czy czytaliście książki o starcu Porfiriuszu, ze świadectwami ludzi, którzy to przeżyli, którzy to widzieli. Ja opowiadam wam tylko o tych zdarzeniach, które przede wszystkim mi się przypominają. Ale cuda następowały nie tylko za jego życia.

Pewna kobieta z Australii zatelefonowała do Aten, nie wiedząc, że starzec umarł na Atosie. Starzec podniósł słuchawkę, kobieta zaczęła z nim rozmawiać, opowiadać o swoim problemie. Starzec jej odpowiedział, rozstrzygną jej problem, jak tego chciała, i w ten sposób rozmawiała przez jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć minut. Pod koniec rozmowy kobieta spytała: „Abba, może zadzwonię później i opowiem co się działo?” – „Moja droga, mnie już nie ma na świecie, już umarłem, jestem w niebie i nie trzeba do mnie dzwonić”. Kobieta nie uwierzyła, pomyślała, że starcowi coś się stało, może coś z głową ze starości, a może po prostu zażartował. No więc odłożyła słuchawkę, ale na drugi dzień zadzwoniła. Dzwoniła długo i w końcu do telefonu podeszła mniszka, która mieszkała w tym monasterze. Kobieta mówi jej: „Chciałam rozmawiać ze starcem”. – „Nie wie pani, co się stało?” – „Co się stało?” – „Już minęło czterdzieści dni, jak starzec umarł”. – „Mówicie prawdę?” – „A co, nieprawdę, czy co? Umarł na Atosie, pochowali go, to wszystko, umarł”. – Wtedy kobieta mówi: „Ale przecież rozmawiałam z nim wczoraj wieczorem przez telefon!” – „nie wiem, z kim pani rozmawiała wczoraj przez telefon, ale starzec umarł i od tego czasu minęło czterdzieści dni.”

I takich cudów jest mnóstwo, moi drodzy! Oczywiście, ktoś może powiedzieć: po co o tym w ogóle mówić? Ale rzecz w tym, że wszystkie te zjawiska dowodzą, że Cerkiew to nie teoria, nie filozofia, tylko rzeczywistość i wszystko co mówi nam Chrystus w Ewangelii, jest realne. Takie cuda czyni nie tylko starzec Porfiriusz, ale i wielu innych świętych, starzec Paisjusz, ojciec Sofroniusz, ojciec Jakub i wielu innych świętych, których znaliśmy. Ja też znałem takich ludzi i to było absolutnie zdumiewające. Widzisz ich, widzisz, co robią i sam nie możesz uwierzyć w to, co się dzieje. Jeżeli zbadać życie tych ludzi, to można zobaczyć, że ich życie ma jedną ważną cechę, podwójną cechę: po pierwsze, mają wielką miłość do Boga i jako konsekwencja – do człowieka, a po drugie, cechuje ich wielka pokora. Kiedy starzec Porfiriusz opowiadał o swoim darze (ponieważ wiedział i mówił, że to dar od Boga, i nie ukrywał tego), zachowywał się z prostotą i nawet żartował na ten temat. Kiedy trafiał do jakiejś wioski, mówił mieszkańcom, gdzie jest u nich woda. Starzec sam opowiadał: „Mówię im na wsi, gdzie mają wodę: akurat na twoim polu w takim a takim miejscu, i na tyle metrów w głąb jest słodka woda. Zaczynają kopać i znajdują. A dlaczego im mówię o wodzie? Żeby uwierzyli, że to co im powiedziałem jest od Boga, kiedy znajdą wodę. Potem mogę mówić im o sprawach duchowych i będą mnie słuchać”. Wielu ludzi przychodziło do starca i pytał: „Abba, czy na moim polu jest woda?” I starzec, biedny, odpowiedział: „Moi drodzy, czy ja jestem urządzeniem wiertniczym? Skąd mam wiedzieć czy jest tam woda?”. Tak, jakby z nimi żartował. Starzec mówił, że otrzymał ten dar, ponieważ zupełnie umartwił swoje „ja” przed Bogiem. Zupełnie nie miał swojej woli. Mimo, że starzec miał tak silne pragnienie zamieszkania na Świętej Górze, Bóg w pewnym sensie wygnał go z Atosu i kazał żyć na Omonii, w samym sercu Aten. I tam żył. A teraz spróbujcie sobie wyobrazić spokój Świętej Góry, to pustkowie, i jaka tam panuje cisza. Opowiem wam coś z własnego doświadczenia, moi drodzy. Było nas około dwudziestu braci i mieszkaliśmy w skicie na pustkowiu. Tam też odprawialiśmy liturgię. Cerkiew mieliśmy maleńką, zaledwie dwa, dwa i pół metra szerokości. Kiedy staliśmy wewnątrz, mogliśmy dotknąć rękami ścian z obydwu stron. Była bardzo wąska – kiedyś była to weranda: zrobiliśmy z niej cerkiew i zaczęliśmy odprawiać nabożeństwa. Kiedy przyszedł do nas gość i zaczął nas szukać, a my wszyscy byliśmy w cerkwi, odprawialiśmy liturgię i śpiewaliśmy. A on chodził po korytarzu i martwił się: „Gdzież oni są?”. Nie słyszał nas – śpiewaliśmy po cichu, prawie szeptem, to była taka nasza mnisza tradycja. Liturgię ledwie było słychać. Tak samo było u starca, kiedy przebywał on na Świętej Górze. A kiedy przyjechał do Aten i zaczął odprawiać nabożeństwa w szpitalu, naprzeciwko był sklep z płytami i nieszczęsny sprzedawca w tym sklepie, żeby reklamować piosenki, odtwarzał płyty z taką głośnością, że było słychać w świątyni i zagłuszało liturgię. Starzec mówił: „Nie mogłem, po prostu nie mogłem odprawiać, ponieważ cały czas słyszałem piosenki. Myślałem: co mam robić?”. I wymyślił: żeby skupić się, trzeba się modlić ze wszystkich sił. Nauczyć się modlić wszystkimi siłami swojej duszy. Starzec opowiadał: kiedyś, czytając rozdział Ewangelii o Męce Pańskiej, nagle krzykną i stracił przytomność, a ludzie rzucili się go cucić. Powód był taki, że podczas czytania Ewangelii widział przed sobą całą mękę Pańską, widział jak krzyżowano Chrystusa, jak przybijano go gwoździami do krzyża; starzec nie wytrzymał tego i zemdlał.

Starzec „zobaczył”, że Turcy wtargnęli na Cypr, zanim jeszcze poinformowało o tym radio. Wieczorem wybrał się z Aten na Atos (opowiadali o tym ludzie, którzy jechali z nim samochodem) i naraz o piątej rano powiedział: „Turcy lądują na Cyprze”. – „Abba, co wy mówicie?” Włączyli radio, a tam nic, tylko piosenki. A starzec ciągną: „Teraz Turcy napadają na Cypr – i zaczął opisywać Keryneię, wybrzeże – przybija pierwszy okręt, wyjeżdża pierwszy czołg, wysiadają żołnierze, zaczyna się wojna. Szybko wracamy do Aten!”. Wrócili do Aten i po paru godzinach usłyszeli komunikat o wtargnięciu Turków na Cypr.

W czasach Ceausescu w Bukareszcie było powstanie studentów i część ich zabito. Nie wiem, czy to pamiętacie. Ale starzec „widział” to, co się tam działo i wszystko szczegółowo opisywał.

Kiedyś starzec zatelefonował do pewnej rodziny, mieszkającej w Johannesburgu w Południowej Afryce, i powiedział: „Pod waszym domem kładą przewody wysokiego napięcia, dlatego wyjedźcie, bo zachorujecie na raka”. Ta rodzina bardzo się zdziwiła i spytała: „A kim pan jest? Skąd pan dzwoni?” – „Pani jest gospodynią?” – „Tak”. – „Znam was Aten, jestem ojciec Porfiriusz”. – „Z Aten? Skąd ojciec wie o naszym domu w Johannesburgu?” Starzec nie miał ich telefonu, nie znał ich i oni go nie znali. Miał po prostu taki zadziwiający dar.

Oprócz historii, które wam opowiedziałem, chcę powiedzieć to, od czego zacząłem: prawosławna Cerkiew leczy człowieka, działa na niego i odradza jego siły, które Bóg dał człowiekowi, wszystkie dary, które dał nam Bóg, kiedy nas stworzył. Cerkiew wszystko to ożywia w Bogu. Dlatego utrzymujemy że Cerkiew, nie ma nic wspólnego, ani z filozofią, ani z rozmaitymi teoriami, ani z moralizowaniem. Cerkiew oddziałuje uzdrawiająco na człowieka, a dowodem na to są święci. Gdybyśmy, moi drodzy, nie mieli świętych, to wszyscy pozostający w Cerkwi uważani byliby za ludzi niespełna rozumu. Wyobraźcie sobie: słuchać Cerkwi, która uczy tego, na co nie ma dowodów. Bylibyśmy głupcami i szaleńcami, gdybyśmy byli posłuszni Ewangelii, nie mając dowodów, że uczy ona prawdy. Gdzie są tego dowody? Tak, Ewangelia mówi dobre mądre rzeczy. Ale po co człowiekowi mądrość, nie mając dowodów, że jest prawdziwa. Tylko święci wcielają i potwierdzają Ewangelię swoim życiem, moi drodzy. Tylko święci. Kiedy miałem osiemnaście lat, po raz pierwszy odwiedziłem starca Paisjusza. Kiedy tylko zobaczyłem tego człowieka, w mojej duszy zrodziła się pewność: wszystko, co mówił Chrystus – jest prawdą. Tak odczułem, ponieważ zobaczyłem przed sobą człowieka Bożego, świętego człowieka: ponieważ ojciec Paisjusz był taki sam jak ojciec Porfiliusz. On także miał wiele darów Bożych i uczynił wiele cudów.

Wybaczcie, jeżeli znużyłem was swoim monologiem, ale to są bardzo ważne rzeczy. Kiedy się modlicie, zwracajcie się o modlitewne wsparcie do tego świętego człowieka. On żył w naszych czasach moi drodzy! Wszyscy, którzy go znali – to nasi współcześni. Starzec Porfiriusz ma przed Bogiem pierwszeństwo i sądzę, że wielką siłę. I dziś, w dniu jego pamięci, macie dobry powód, żeby poznać go, poczytać o nim książkę. Jest wiele kaset z zapisem jego rozmów; możecie ich posłuchać. Ale przede wszystkim poczytajcie o nim, żeby zobaczyć jak żył ten Boży człowiek.

Wydawnictwo Bratczyk

Dodaj komentarz