kocham więc jestem – Starzec Sofroniusz

 
 

O. Mikołaj (Sacharow) ze wspólnoty monastycznej w Essex w Anglii, zajmuje się rozpowszechnieniem przekazu swojego starca, a jednocześnie brata swego dziadka, założyciela klasztoru, o. Sofroniusza (Sacharowa), ucznia błog. Sylwana z Atosu. Jego krótki pobyt w Polsce stał się okazją do rozmowy. 

Zostałem mnichem dzięki modlitwie o. Sofroniusza.
Urodziłem się w Moskwie, w rodzinie niewierzącej. Duchowny przyjechał do Rosji w 1984 roku. Dla mnie było to najdziwniejsze w życiu spotkanie. Po raz pierwszy zobaczyłem prawosławnego mnicha. Jego strój wydawał mi się dziwaczny. Po co to wszystko? – pytałem siebie. Zamieniliśmy tylko parę słów. Nie wiedziałem wówczas, że starzec od tej chwili zaczął się za mnie modlić, a po powrocie do Anglii powiedział do braci: “Spotkałem w Rosji człowieka, który, jak Pan Bóg pozwoli, będzie kiedyś z nami”.
Spotkanie wywarło na mnie na tyle silne wrażenie, że pod jego wpływem przeczytałem Ewangelię, lecz ateistyczne wychowanie trzymało mnie mocno w swojej garści. Myślałem – jakby to było dobrze, gdyby to była Prawda.
Wkrótce stanąłem przed bliską perspektywą pójścia do wojska. W Afganistanie trwała wojna, wiedziałem, czym to grozi. Po raz pierwszy w życiu zdałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa śmierci. Mama obdzwoniła wszystkich znajomych, pomocy znikąd. Co robić? Zrozumiałem wtedy – jeżeli ludzie zawiedli, pozostał Bóg.
Po raz pierwszy świadomie przekroczyłem próg cerkwi i zacząłem gorliwie się modlić. Boże, jeżeli jesteś, pomóż mi! Długo klęczałem przed ikoną Matki Bożej. Zniknęły wątpliwości, pojawiła się pewność wiary.
Pomogło. Telefon od mojego kolegi Griszy Alfiejewa (dzisiaj biskupa). “Wszystko załatwione, wezmą cię do orkiestry wojskowej”. Tak po raz pierwszy doświadczyłem Bożej pomocy.
Podczas służby wojskowej soboty i niedziele miałem wolne. Wtedy w tajemnicy chodziłem do cerkwi. Dokonywał się proces mojego wocerkowlenija – najszczęśliwsze dni mego życia.
W tym okresie czytałem dużo literatury ateistycznej. Służyła mi jako wprowadzenie w zagadnienia teologiczne. Naturalnie opuszczałem komentarze, lecz znajdowałem tam opisy świąt cerkiewnych. W największej tajemnicy w nocy, pod poduszką, słuchałem religijnych audycji radiowych. Pewnego razu cała audycja BBC poświęcona została o. Sofroniuszowi z Essex. Jakże chciałem się z nim spotkać. Teraz, jako człowiek wierzący, chciałem go zapytać o tyle spraw.
Wówczas już wiedziałem – zostanę mnichem. Wszystko co interesowało mnie wcześniej – sztuka, muzyka – wydało się teraz takie blade, mdłe w porównaniu z tym co odkryłem w Ewangelii. W niej był potok życia – niczego nie dało się z tym porównać.
Wstąpiłem do monasteru w Wilnie. Działo się to jeszcze w czasach ZSRR. Dowiedziano się, że jestem krewnym o. Sofroniusza z Anglii i nie mogłem dłużej tam pozostać. Postanowiłem udać się do o. Jana Krestiankina w Starych Pieczorach, jednego ze znanych żyjących obecnie w Rosji starców. Powiedziałem sobie: “Zrobię wszystko co mi powie, za wyjątkiem pozostania w tym klasztorze”. Jakoś tam mi się nie podobało, duże gospodarstwo rolne przypominało kołchoz.
Stanąłem przed starcem. Ten pyta: “A ty sam czego chcesz?” “Chcę żyć jako mnich” – odpowiedziałem. “No to zostawaj u nas”. “Ojcze, wszystko, tylko nie to, to nie jest mój monaster”. “Tak, tak, nie twój” – powiedział starzec. “Ale zostawaj tutaj, a Bóg wszystko uporządkuje”.
Po pewnym czasie do Pieczor przyjechał z Anglii przedstawiciel Syndesmosu. Akurat był w kelii o. Zenona, sławnego ikonopisca, kiedy znalazłem się tam i ja. Wiedząc, że gość jest z Anglii, spytałem cicho: “Widzieliście o. Sofroniusza?” “Naturalnie, często bywam w Essex” – odpowiedział.
Zadrżałem z wrażenia i wyszedłem. Znałem już książki starca i w nich objawiło się dla mnie nieskażone prawosławie, ze wzruszenia nie byłem w stanie nic powiedzieć. Wyszedłem.
Po moim wyjściu o. Zenon objaśnił: “Ten posłusznik jest bliskim krewnym o. Sofroniusza”. “Zrobię wszystko, żeby mógł pojechać do Anglii” – zapewnił gość.
Był rok 1988, gdy otrzymałem zaproszenie. Już siedząc w samolocie nie wierzyłem w to co się dzieje.
Z o. Sofroniuszem spotkałem się przed klasztorem. Starzec podszedł, wziął mnie w ramiona i powiedział: “Dobrze, przyda się nam”. Przez trzy pierwsze dni prawie bez przerwy rozmawialiśmy ze sobą. Któryś z mnichów mi doradził: “Proś o. Sofroniusza o błogosławieństwo na pozostanie w monasterze”. Ja na to, że dopóki sam tego nie powie, nie poproszę. Robił czasem jakieś aluzje, ale żeby otwarcie powiedział “zostań”, nie.
W końcu zebrałem w sobie siły i podszedłem do starca: “Otcze Sofroniuszu!..” A on na to ucieszył się i powiada: “No naturalnie!”
I tak zaczęło się moje życie w monasterze. Starzec w życiu był dokładnie takim samym człowiekiem jak w swych książkach. Widziałem wielu starców, ich wspólną cechą była miłość. Od tych ludzi bije miłość, nie trzeba niczego wyjaśniać. Dla nich nie jest ważne, czy jesteś prawosławny czy nie, wierzący czy ateista, rodak czy innej narodowości. Wszystkich traktują z jednakową miłością.
W klasztorze nie było mowy o poniżaniu ucznia, by nauczyć go posłuszeństwa. Starzec opiekował się mną jak rodzonym synem. Posłał na kurs angielskiego, potem na studia do Oksfordu. Chciał mi dać wszystko co najlepsze.
Starca interesował przede wszystkim człowiek, każdy człowiek. Radością napełniał go sam fakt życia. Kiedy zdawałem egzaminy, starzec modlił się za mnie całą duszą. Miałem szczęście być z nim przez trzy lata.
Starzec odszedł cicho z tego świata, w 97. roku życia. Chciał, aby słowa bł. Sylwana dotarły do wszystkich, aby poznał je świat. Naszą epokę charakteryzuje głęboki pesymizm, smutek i poczucie opuszczenia przez Boga. Starzec Sylwan tego doświadczał i dlatego jego przesłanie jest skierowane do naszego pokolenia.
Często o. Sofroniusz modlił się za ludzi o ich zbawienie. Jego dewizą było amo ergo sum – kocham więc jestem. Dlatego modlił się za świat o mirie wsiego mira.
Przed śmiercią starzec Sylwan dał o. Sofroniuszowi nakaz: “Spraw, aby moje słowo było dostępne światu”. Podobny przekaz i ja otrzymałem od swojego starca i teraz moim zadaniem jest, aby pisma obu starców ukazały się drukiem w możliwie wielu krajach. Są trudności, lecz oni obaj w tym dziele pomagają. Odczuwam to wielokrotnie. Niedługo ukaże się tłumaczenie na język węgierski, a więc w kraju, gdzie prawosławie jest stosunkowo mało znane.
O. Sofroniusz otrzymał od o. Sylwana błogosławieństwo na opuszczenie Atosu. Udał się do Francji i tam pisma starca pokazał teologowi Włodzimierzowi Łosskiemu. Ten przeczytał je i skomentował: “Niczego ciekawego w nich nie ma”. O. Sofroniusz zmuszony został do napisania apologii. W taki sposób postać skromnego mnicha z Atosu, Sylwana, stała się znana.

http://www.przegladprawoslawny.pl/articles.php?id_n=720&id=8

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.