Ewangelia o radości i złośliwości – św. Mikołaj Welmirowicz

 
 

Ewangelia o radości i złośliwości

św. Mikołaj Welmirowicz

Nie cieszymy się z cudzego dobra. Jest to jedna z najbardziej niegodnych cech duszy ludzkiej, która zordynarniała wskutek grzechu.

Czego od rana do wieczora naucza ludzi słońce? Ludzie, radujcie się z dobra a radość ta uczyni was bogatymi.

Głodny słowik śpiewa o zorzy porannej przez dwie godziny, zanim znajdzie dwa ziarna na śniadanie. Czego ten słowik naucza ludzi, bogaczy na łożach, którzy zaczynają swój dzień otwierając usta, nie po to jednak, by śpiewać, ale żeby jeść? Ludzie, cieszcie się z dobra i śpiewajcie o dobrym! Nie pytajcie o dobro: „Czyje ono jest?”. Dobro nie ma pana na ziemi Dobro jest gościem z daleka. My, stworzeni i śmiertelni, nie jesteśmy posiadaczami dobra, ale jego piewcami.

Smucić się cudzym smutkiem – do tego zdolni są jeszcze nawet grzeszni starcy. Ale cieszyć się cudzą radością – to mogą tylko dzieci, a także ci, którzy są niewinni jak dzieci. Zaprawdę powiadam wam – mówi Jezus Chrystus – kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, nie wejdzie do niego (Mk 10, 15; por. Mt 18, 3). A czym jest królestwo Boże, jeśli nie zgromadzeniem wszelkich dóbr i nieobecnością jakiegokolwiek zła? Niewinne dziecko bardziej cieszy się z cudzego dobra, niż złośliwy starzec ze swojego własnego. Bowiem dla niemowlaka radość nie może być cudza. Dzieli on uśmiech każdych ust, nawet kpiarstwo przyjmuje jak uśmiech. Nikt na ziemi nie jest tak podobny do Boga jak niewinne dziecko. Boża radość z naszego dobra, choćby najmniejsza, jest nieopisana i absolutna.

Gdy Pan nasz Jezus Chrystus przyszedł do ludzi, odsłonił niezmierzone bogactwo dóbr Bożych. Z dóbr tych cieszyły się dzieci – i niezepsuci dorośli, najbardziej do dzieci podobni. Dobra te nie ucieszyły jednak ludzi o zamroczonych umysłach i kamiennych sercach; przeciwnie – dobra te zasmuciły ich i rozzłościły.

Chrystus przypomina ludziom o ich pierwotnej Ojczyźnie, w świetle oblicza Bożego i w towarzystwie aniołów – dzieci cieszą się z tego, a złośliwi starcy – kpią.

Chrystus zdejmuje z ludzi lęk i czyni ich nieustraszonymi gospodarzami światła – dzieci przyjmują to z wdzięcznością, a władcy – odrzucają.

Chrystus w oczywisty sposób wskazuje, jak człowiek w jedności z Bogiem Żywym może zwyciężyć i siebie, i przyrodę wokół siebie, i złe duchy, i choroby, i śmierć – i dzieci tłoczą się wokół Pana z weselem, ażeby – jak można najbardziej – rozkoszować się tymi zwycięstwami. A uczeni w Piśmie tłoczą się wokół Pana ze złością – ażeby znaleźć powody do poniżenia Go, aresztowania i zamęczenia.

Dzieci szukają błogosławieństwa Chrystusa, a starsi ludu rzucają na Niego klątwy.

Gdyby ludzie byli normalni i zdrowi, cieszyliby się dziecinną radością z każdego słowa Chrystusa i z każdego jego uczynku. Bo okazuje On ludziom tylko dobro, ujawnia światło i piękno dobra, słodyczy, trwałość i moc dobra. Ale wielu ludzi – i wtedy, i teraz – nie ucieszyło się wcale, widząc ujawnione i wskazane przez Chrystusa dobra. Dlaczego, dlaczego to tak? Dlatego, że ludzie zżyli się ze złem, przywykli do niego, złączyli się ze złem – i zło stało się dla nich oczywistością, a dobro – oszustwem. Jak kura, długo i bez powodzenia stukająca dziobem w narysowane ziarna – aż zniechęciła się, i kiedy obok narysowanych podsunięto jej prawdziwe ziarna, nie chciała ich dziobać, biorąc także prawdziwe ziarna za fałszywe. O, kurze mózgi ludzi, którzy sądzą, że z rąk Chrystusa może wyjść oszustwo, tak jak innych, nieczystych rąk! Gdyby i z Jego rąk, i z Jego ust przychodziło do ludzi oszustwo, wówczas, zaiste, życie ludzkie byłoby gorsze od niebytu, straszniejsze od najstraszniejszego snu i bardziej szalone niż najbardziej szalony wir wody. Po stokroć żałośni są ci, którzy ku wyciągniętej ręce Chrystusowej nie wyciągają na spotkanie swojej ręki: w jakąkolwiek inną stronę wyciągnęliby swoją rękę, włożą ją w ogień albo w paszczę wilka. I po stokroć błogosławieni jesteście wy, wierni, którzy cieszycie się na samo wspomnienie imienia Chrystusa jak dzieci wspominające matkę swoją. Przepaszcie się tylko męstwem i cierpliwością, aby do końca wytrwać w wierze i radości. Bowiem temu kto idąc za Chrystusem, zawróci wstecz – będzie gorzej, niż temu, kto nigdy za Chrystusem nie postępował. A jeśli człowiek, uwolniony przez Pana od jednego nieczystego ducha, wyrzeknie się Pana, to napadnie na niego i zawładnie nim siedem nieczystych duchów, gorszych od pierwszego (por. Łk 11, 24-26).

Chrystus podobny jest do działu wodnego. Gdziekolwiek by się pojawił, ludzie zaraz dzielą się na dwa stany: na tych, którzy radują się z dobra, i na tych, którzy się nie radują. Tak dzieje się dzisiaj, tak było i wtedy, gdy Bóg chodził po ziemi, obleczony w ludzkie ciało. Dzisiejsze czytanie Ewangelii opisuje ten straszny podział ludzi w obecności Odsłaniającego dobro, Pana i Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa.

Wtedy On, wsiadłszy do łodzi, przeprawił się [na drugi brzeg] i przyszedł do swojego miasta. Było to po sławetnych odwiedzinach u pogan na wschodnim brzegu jeziora Genezaret, po cudownym uzdrowieniu dwóch opętanych i po ostrej odprawie, udzielonej ludziom niewierzącym ustami samych biesów, rozgłaszających, że Chrystus jest Synem Bożym. Jezus Chrystus wszedł do łodzi. Była to ta sama łódź, którą dokonał przedtem cudu równie wielkiego jak wypędzenie czartów z ludzi: rozkazał wichrom i morzu. I nastała wielka cisza. Dzisiaj zaś usłyszymy w Ewangelii, jak Pan, po powrocie z tej podróży, uzdrowił paralityka, odpuściwszy mu grzechy i wyzwoliwszy go od choroby. Chrystus dokonał więc w krótkim czasie trzech wielkich wspaniałych cudów, jawnie świadczących o tym, że ludzi odwiedził Bóg. W bardzo krótkim czasie Pan ujawnił przed ludźmi trzy oznaki niezmierzonego dobra i mocy: władzę nad przyrodą, władzę nad biesami i władzę nad grzechem i chorobami. Oto trzy wielkie powody do ludzkiej radości! Straszliwe są pęta, którymi wiąże nas przyroda – któż nie cieszy się z wyzwolenia od tych pęt? Jeszcze straszliwsze są łańcuchy, którymi skuwają i chłoszczą nas biesy, gdy pozbawią nas rozumu – któż nie ucieszy się ze zwycięstwa nad tymi przeklętymi wrogami rodzaju ludzkiego ? A więzy, którymi oplątuje nas grzech, oddając w niewolę przyrodzie, biesom i chorobom – to pierwotne łańcuchy. Człowiek zakuł w nie sam siebie, z własnej woli, jeszcze na samym początku odmówiwszy posłuszeństwa swojemu Stwórcy i pokory wobec Niego. O, śmiertelnicy, któż nie cieszy się z likwidacji tych pierwszych więzów będących osnową całej sieci niewidocznych naszych więzów?

To ostatnie dobro odsłoni Pan przed ludźmi, gdy z granic Gadary przeprawił się [na drugi brzeg] i przyszedł do swojego miasta. Jego miastem było Kafarnaum, gdzie osiedlił się po tym, gdy nie przyjęli Go i omal nie zabili mieszkańcy Nazaretu, w którym przeżył wiele lat.

I przynieśli Mu sparaliżowanego, który leżał na noszach. Wydarzenie to opisują również Ewangeliści: Marek i Łukasz, przytaczając niektóre szczegóły opuszczone przez Ewangelię Mateusza. Sparaliżowany człowiek był tak chory, że nie tylko nie mógł sam przyjść do Chrystusa, ale trudno go było nawet zdjąć z łoża, toteż krewni i przyjaciele zmuszeni byli wynieść go na noszach z domu i przynieść do Pana. To, iż stan sparaliżowanego chorego był rozpaczliwy, wynika również z tego, że łoże musiało nieść czterech by trzymać je najmocniej jak można i jak najmniej narażać chorego na wstrząsy przy niesieniu. Przyniósłszy paralityka do domu, w którym przebywał Chrystus, niosący zobaczyli, że z powodu wielkiego tłumu do domu nie da się wejść, bo już przed drzwiami nie było miejsca. Postanowili więc rozebrać dach domu i opuścili chorego przez otwór w dachu. W tym czasie Chrystus wykładał ludiom swoją naukę. A On ich nauczał. Nie próżnował On ani minuty: po dokonaniu uczynku wygłasza kazanie, po kazaniu dokonywał dzieł. Chrystus stale wykorzystywał i słowa, i czyny, byle tylko pomóc ludziom radować się z dobra, wierzyć w dobro i w Niego, jako zwierzchniego nosiciela dobra, odsłaniającego je.

Jezus, widząc ich wiarę, powiedział sparaliżowanemu:

  • Ufaj, synu, twoje grzechy są odpuszczone.

Pan nasz Jezus Chrystus widział wiarę tych ludzi nie tylko wtedy, gdy opuszczał chorego prze otwór w dachu, ale wtedy jeszcze, gdy podnieśli łoże z chorym i udali się do Niego. Bowiem tylko Ten, Który widzieć może zamysły serca ludzkiego, tym bardziej widzieć może wydarzenia na odległość, tak samo jak z bliska. Widział On Natanaela pod drzewem figowym, zanim ten zbliżył się do Niego (por. J, 47-48). Co tu mówić! Chrystus widział nie tylko to, co się dzieje, ale i to, co będze, do końca czasu. Nie mówi się tutaj: „widział ich”, ale: Jezus, widząc ich wiarę – po to, by wskazać, że Chrystus widzi i to, co zobaczyć najtrudniej, widzi największy skarb w człowieku. I znowu: napisano tak dla nas, abyśmy wiedzieli, na co Bóg patrzy – zarówno teraz, jak i wtedy. A także po to, abyśmy wiedzieli: tylko mając wiarę możemy oczekiwać Bożej pomocy w cierpieniach. Widząc naszą wiarę, Bóg nie zwleka z okazaniem nam Swojej pomocy.

Jezus, widząc ich wiarę… Ale czyją wiarę? Czy tylko wiarę tych, którzy nieśli chorego, czy również wiarę samego chorego? Po pierwsze, wiara niosących chorego była oczywista. Już za samą ich wiarę Pan mógł uzdrowić paralityka. Bowiem Pan nieraz dokonywał cudów, nie znając chorego i bez jego wiary. Powiedzmy: zmarli, wskrzeszeni przez Niego, nie mogli wierzyć tak, aby cud dokonał się dzięki ich wierze. Bliscy zmarłych też nie zawsze wykazywali się szczególną wiarą. O wdowie z Nain nie mówi się, że uwierzyła, a tylko, że płakała po zmarłym synu. Możliwe jest jednak, że w momencie, gdy Pan podszedł do niej ulitowawszy się, powiedział zdecydowanie: Nie płacz – w duszy wdowy rozbłysła wiara w Jego potęgę. Marta i Maria, siostry Łazarza, też nie za bardzo wierzyły, że Chrystus wskrzesi ich zmarłego brata po tym, gdy od czterech dni leżał on już w grobie. Tylko przełożony synagogi, Jair, miał w sobie mocną wiarę w Chrystusa, gdy przyszedł do Niego i powiedział: – Moja córka właśnie skonała, ale połóż na nią rękę, a ożyje (Mt 9, 8).

Doskonale tak samo Chrystus uzdrowił wielu ciężko chorych – nie z powodu ich wiary, lecz z powodu wiary ich krewnych i przyjaciół. W taki sposób uzdrowił sługę setnika z Kafarnaum (Mt 8, 5-6), nie podług wiary samego ciężko chorego sługi, ale dzięki wierze setnika; uzdrowił córkę Chananejki podług wiary matki (Mt 15, 22); uzdrowił wielu lunatyków, opętanych, głuchoniemych – dzięki wierze ich krewnych i przyjaciół, którzy przyprowadzali chorych do Niego (Mt 9,32; 15,30; 17,14 i in.). Biesy zaś, z opętanych w Gadarze, Chrystus wypędził i bez wiary cierpiących, i bez wiary ludzi, którzy ich otaczali; wyłącznie podług Swoich życzeń i planu zbawienia ludzkości, wyłącznie po to, by obudzić wiarę w otępiałych i umocnić ją w małowiernych.

Tymczasem, w przypadku tego paralityka widzimy, że wiara ludzi, którzy przynieśli go do Chrystusa, była wielka. Chrystus nie potrzebował ocalenia ich wiary według oznak zewnętrznych; patrzył w same ich serca i widział ich wiarę. My jednak nie widząc serc, możemy z zewnętrznych oznak określić, że wiara ich rzeczywiście była wielka. To, że czterech zdecydowało się przynieść beznadziejnie chorego do Chrystusa – czyż nie jest oznaką wielkiej wiary? W dodatku wspięli się na dach domu, rozebrali go i przez otwór opuścili chorego wraz z noszami na środek komnaty – czyż nie jest to oznaka mocnej wiary? Wyobraźcie sobie bowiem, jakie ryzyko ponosili ci czterej i na jakie pośmiewisko sąsiadów wystawiliby się, gdyby zmuszeni byli, po tylu trudach i po rozebraniu dachu domu, iść z powrotem do siebie z nieuzdrowionym chorym! A ludzie wtedy też bali się kpin, tak jak i teraz, bali się też i wstydzili się kompromitacji, tak samo jak teraz. Tylko mocna wiara nie boi się kpin ani nie obawia się kompromitacji – nawet nie myśli ona o kpinach i nie wątpi w powodzenie.

Pan mógł więc uzdrowić chorego choćby tylko dzięki wierze tych, którzy go przynieśli. Ale są też oznaki, że sam chory również posiadał wiarę. Przede wszystkim, czy ktoś, choć trochę przytomny, nie mając wiary, pozwoliłby ludziom nieść siebie wraz z łożem ulicami i – co jeszcze ważniejsze – czy pozwoliłby wnosić siebie na dach i opuszczać przezeń w głąb domu? Ale jest jeszcze jedna ukryta oznaka wiary sparaliżowanego. Pan, zwracając się do niego, mówi „synu”:

  • Ufaj, synu, twoje grzechy są odpuszczone.

    Czyż Chrystus nazwałby dzieckiem, synem, niewierzącego? Czyż niewyrażającemu skruchy można byłoby powiedzieć: twoje grzechy są odpuszczone? Przy wskrzeszeniu syna wdowy z Nain, Chrystus nie nazywa go ani „dzieckiem”, ani „synem”, lecz mówi do niego: Młodzieńcze. Bo zmarły nie wierzy i nie może wyrażać skruchy. Tu jednak Pan mówi do chorego: synu! To przecież Sam Chrystus powiedział: jeśli żałuje – twój brat – przebacz mu (Łk 17, 3-4). Skrucha jest więc warunkiem przebaczenia, skrucha zaś jest niemożliwa bez wstydu i bojaźni Bożej, i be wiary w Boga.

    Wtedy niektórzy nauczyciele Pisma pomyśleli sobie:

  • On bluźni.

    Pomyśleli tak ci, którzy nie cieszą się z dobra, sprzymierzeńcy i niewolnicy zła. Jak chcieli powiedzieć: „Kto może odpuszczać grzechy, prócz Samego Boga?”. Ludzie ci, z uschniętymi duszami, uważających siebie za wielkich mędrców i pragnący sprowadzić Chrystusa przynajmniej do swojego poziomu, jeśli nie niżej, nie byliby, be wątpienia, w stanie pomieścić w swym ciele, zamroczonym rozumie choćby myśli o tym, iż Bóg mógł zjawić się jako Człowiek, i że to zjawienie się Boga w Człowieku miało miejsce w osobie Samego Pana naszego Jezusa Chrystusa. Nauczycieli Pisma nie obchodziło bynajmniej cierpienie sparaliżowanego ani, tym bardziej, jego uzdrowienie, śledzili tylko każde słowo Chrystusa, aby znaleźć możliwość poniżenia Go, usunięcia Go ze swojej drogi i ze swojego sumienia. „Mszcząc się za swoje namiętności myśleli, że mszczą się za bluźnierstwo” (Zygabena). Albowiem był On dla nich zbyt wielki.

    A Jezus, przejrzawszy ich myśli, powiedział:

  • Dlaczego wyciągacie złe wnioski?

    Obecni przy tym wydarzeniu nauczyciele Pisma niczego nie wypowiedzieli swoimi ustami, pomyśleli tylko w sercach swoich. Nie powiedziano „w umysłach”, ale „w sercach” i oznacza to, że ta ich myśl złączona była ze złością i nienawiścią. Przysłuchiwali się bowiem Chrystusowi nie jak wierzący ani nie jak obiektywni badacze, ale jak donosiciele i prześladowcy. Gdyby byli wierzącymi, to cieszyliby się ze słów i uczynku Chrystusa jak reszta ludu, jak tłumy, które widząc to, wielbiły Boga. A gdyby uczeni w Piśmie i faryzeusze umieli stać się obiektywnymi badaczami, to uwierzyliby w Chrystusa, tak jak uwierzył w Niego setnik pod Krzyżem na Golgocie. Albowiem on, obiektywnie i bezinteresownie patrząc na wszystko co się działo, widząc, jakim strachem, trzęsieniem ziemi, przerażeniem cała przyroda zareagowała na śmierć Chrystusa, zawołał:

  • To naprawdę był Syn Boży (Mt 27, 54).

    Pan nasz Jezus Chrystus widział zamysły uczonych w Piśmie. Kto może widzieć zamysły, prócz Boga?

    Niech wreszcie ustanie przewrotność grzeszników

    i niech się okaże moja sprawiedliwość.

Te co doświadcza serca i nerki,

jest Bogiem sprawiedliwym –

woła Dawid (Ps 7,10)

Ja, Jahwe, przenikam serce

i doświadczam nerki

by oddać każdemu według dróg jego,

według owocu jego uczynków –

mówi Sam Pan przez Proroka Jeremiasza (Jr 17,10). A Salomon zwraca się w swojej modlitwie do Boga: Ty jeden bowiem znasz serca synów ludzkich (2 Krn 6,30). I oto, Pan nasz Jezus Chrystus widzi serce – i zamysły w sercu. Tak jak ziemia nie może widzieć oka, a oko może widzieć ziemię, tak też żadne ze stworzeń ziemskich, omotanych przez czas, nie może zajrzeć w tajniki wieczności. Zaś Oko wieczności może przeniknąć na ziemię i zobaczyć wszystko, co się tam znajdzie. Patrząc tym spojrzeniem wieczności, Pan nasz Jezus Chrystus widział wszystko na wylot, przenikał to, co skrywa się w głębiach morskich i w głębiach ludzkiego serca, i we wszystkich głębiach czasu i przestrzeni.

Dlaczego wyciągacie złe wnioski – dlaczego źle pomyśleliście w sercach waszych? Takie pytanie zadaje niezłośliwy Pan Swoim szpiegom i prześladowcom. O, niezmierzona czystość myśli Jezusa! O, nieopisane piękno jego serca! I łagodność baranka! Dlaczego źle myślicie? Dlaczego nie zamyślacie dobra? Dlaczego oczekujecie zła? Dlaczego nie oczekujecie dobra? Dlaczego cieszycie się ze zła? Dlaczego nie cieszycie się z dobra? Dlaczego cieszycie się ze zła? Dlaczego nie cieszycie się z dobra? Dlaczego, stojąc u przejrzystego źródła, oczekujecie, że popłynie z niego mętna wda? Dlaczego, patrząc na słońce, oczekujecie jego zaćmienia? Porzućcie te niezdrowe nawyki i cieszcie się z czystości źródła i ze światła słonecznego!

 

Pan nie wyśmiewa uczonych w Piśmie, nie beszta, nie napada na nich – tak zachowywałby się wobec swoich wrogów zwykły człowiek śmiertelny, gdyby udało mu się przywrócić paralitykowi zdrowie i siły. Zaiste, najbardziej uważny lekarz nie mógłby zwracać się do swoich najciężej chorych łagodniej, niż łagodny i miłosierny Pan zwracał się do swoich najciężej chorych łagodniej, niż łagodny i miłosierny Pan zwracał się do Swoich szalonych prześladowców – dlaczego źle pomyśleliście w sercach waszych – jeżeli możecie myśleć dobrze i oczekiwać dobra, i cieszyć się z dobra?

Cóż łatwiej powiedzieć: Twoje grzechy są odpuszczone, czy też: Wstań i chodź? Abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma władzę odpuszczania grzechów na ziemi – zwrócił się do sparaliżowanego:

  • Wstań, weź swoje nosze i idź do domu.

    I wstał, i poszedł do swojego domu.

    Dla Pana powiedzieć słowo, to to samo, co dokonać dzieła. Zwykłemu, śmiertelnemu językowi tak samo łatwo jest powiedzieć: Twoje grzechy są odpuszczone, co i: Wstań i chodź; bo i jedno, i drugie pozostałoby pozostałby bez jakichkolwiek następstw. Ale dla bezgrzesznego Pana słowo jest tym samym co czyn. Dlatego wypowiadając przytoczone powyżej słowa Chrystus ma na myśli: co łatwiej zrobić – wybaczyć człowiekowi grzechy, czy podnieść go z łoża – jako zdrowego ? Dokonanie i jednego, i drugiego czynu jest jednakowo niemożliwe dla zwykłego, śmiertelnego człowieka. Ludzie nie mogą, ale Bóg może wszystko (Mt 19,26). A zatem: co jest łatwiejsze – uzdrowienie duszy czy ciała? Dusza wszak nie może zostać uzdrowiona, póki nie wyzwoli się ze swoich grzechów. Gdy grzechy są odpuszczone, dusza staje się zdrowa, a gdy dusza jest zdrowa to i ciału łatwiej jest wyzdrowieć. Toteż wybaczanie grzechów choremu jest o wiele ważniejsze niż postawienie go na nogi; tak samo: usunięcie robactwa spomiędzy korzeni drzewa jest ważniejsze niż zewnętrzne oczyszczenie drzewa ze skaz robaczych. Bo póki w drzewie żyje czerw, nie może na drzewie być skaz robaczych. Grzech to przyczyna chorób – zarówno duchowych, jak i cielesnych – i prawie zawsze tak jest. Wyjątek stanowią te przypadki, gdy Bóg Swoją dobrą Opatrznością dopuszcza, by choroby cielesne dotknęły sprawiedliwych – widać to najwyraźniej na przykładzie sprawiedliwego Joba. Ale od stworzenia świata działa reguła: grzech jest przyczyną choroby. A ten, Który może zlikwidować w chorym grzech, tym łatwiej może uzdrowić jego ciało. Ten zaś, który mógłby na pewien czas darować ciału zdrowie, ale nie mógłby odpuścić grzechów, uczyniłby to samo, co ogrodnik, który oczyści drzewo ze skaz robaczych, lecz nie potrafi, nie może zlikwidować robactwa żyjącego w korzeniach drzewa.

    Wszystko, co czyni Pan nasz Jezus Chrystus, czyni On z doskonałością, konsekwentnie i bezbłędnie. Jest dla Niego radością przywrócenie choremu całkowitego zdrowia – i duszy, i ciała.

    Toteż najpierw uzdrawia On duszę chorego, a potem czeka na reakcję nauczycieli Pisma, tzn. na ich słowa: On bliźni – ażeby mieć powód do wyjaśnienia związków między grzechem i chorobą, aby podkreślić wyższość duszy nad ciałem i aby w większym jeszcze stopniu przejawiać Swoją Boską potęgę. Ciężko choremu daje się niekiedy dużą dozę lekarstwa. Chrystus podkreśla w tym przypadku, że posiada władzę. Nie powołuje się tutaj na Ojca Niebieskiego, lecz na Swoją przedwieczną władzę i moc. Należy też zwrócić uwagę na słowa: „na ziemi”: Syn Człowieczy ma władzę odpuszczania grzechów na ziemi. To znaczy, że grzechy mogą być odpuszczane dopóty tylko, dopóki człowiek znajduje się na ziemi, w tym świecie. Dla kogoś, kto odszedł z tego świata, odpuszczenie już nie istnieje. W świecie innym nie ma wybaczenia dla grzeszników, którzy odeszli z tego życia, nie okazawszy skruchy. Dlatego też powiedziano: na ziemi.

    Wstań, weź swoje łoże i idź do domu. Tak zdecydowanymi słowami zwraca się Chrystus do chorego, mówi nie jak uczeń w Piśmie, ale jak Posiadający władzę. I tak, jak władny jest odpuszczać duszy grzechy, tak też ma władzę rozkazywania ciału, aby stało się zdrowe. Ażeby jednak nie było żadnych wątpliwości co do uzdrowienia chorego, Pan nakazuje mu, by wziął swoje łoże na którym przyniosło go czterech, i poszedł do swojego domu. Dlaczego Chrystus nakazuje choremu by szedł właśnie do swojego domu? Po pierwsze dlatego, że Jezus Chrystus cieszy się z cudzego dobra i chce, żeby ozdrowieniec jak najprędzej znalazł się w swoim domu, przyniósł radość tam, gdzie długo panował smutek, aby ucieszył wszystkich swoich domowników, męczących się wraz z nim w czasie jego choroby. Po drugie, by pokazać miłującym sławę uczonym w Piśmie wszystko, co Chrystus czyni. Czyni to z samej miłości do ludzi, a nie tak jak oni, oczekujących ludzkich pochwał. Tak jak dla pasterza nie jest ważne, czy owce go chwalą, czy nie, tak też dla Chrystusa nie jest ważne, czy chwalą Go ludzie. Nie zabiegam o chwałę u ludzi – powiedział Jezus Chrystus w innym przypadku (J 5, 41), a tutaj chciał pokazać także i to.

    A tłumy, które to wiedziały, z bojaźnią wielbiły Boga dającego ludziom taką wiedzę. Podczas gdy nauczyciele Pisma w sercach swoich bluźnią Chrystusowi, reszta ludu, której ludzka próżność nie zamroczyła jeszcze całkowicie rozumu i nie zatruła jeszcze serca, zdumiewa się i chwali Boga za niesłychany cud dokonany przez Pana na oczach tłumu. Ten lud, tak zadziwiony i wychwalający Boga, był o wiele lepszy od swoich okrutnych nauczycieli Pisma i znajdował się o wiele bliżej dobra i prawdy, niźli poganie z Gadary, którzy widząc cud, nie wychwalali Boga, lecz wyprosili miłującego ludzi Chrystusa ze swoich granic. Ale i lud z Kafarnaum nie rozumiał Bożej mocy Chrystusa Zbawiciela. Tłumy wielbiły Boga dającego ludziom taką władzę. Ten lud nie widzi i nie uznaje Pana naszego Jezusa Chrystusa jako Jednorodzonego Syna Bożego.

    Ale to, czego nie widzieli i nie uznawali wszyscy ówcześni ludzie niechże ujrzymy my, którzy poprzez Cerkiew otrzymaliśmy łaskę widzenia i rozpoznawana prawdy. Nauczmy się cieszyć z dobra, bo wszelkie dobro pochodzi od Boga; wówczas nauczymy się cieszyć z Boga Żywotwórczego Źródła wiecznej radości. Jako rzecze przez Boga natchniony prorok:

    Weselić się będą i radować Tobą,

    I śpiewać ku chwale Imienia Twego, Najwyższy! (Ps 9,3).

    A radość ta otworzy oczy na kontemplację całej pełni prawdy w Panu Naszym Jezusie Chrystusie; rozwiąże ona więzy języka naszego, byśmy uznali i wychwalali Jezusa Chrystusa jako Syna Bożego, Jedynego Zbawiciela ludzi i Jedynego Miłującego ludzi. Jemu cześć i chwała, z Ojcem i Duchem Świętym – Trójcy Jednoistotnej i Niepodzielnej, teraz i zawsze, po wszystkie czasy i na wieki wieków. Amen.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.