Chciwiec zbiera dla innych – Święty Starzec Paisjusz Hagioryta

b

Chciwiec zbiera dla innych

Święty Starzec Paisjusz Hagioryta

  • Abba, oto dwaj mali braciszkowie: młodszy rozdaje, a starzy nie.

  • Niechaj rodzice nauczą również starszego, by znajdował słodycz w dawaniu. Jeżeli starszy pracuje nad tym, to otryma wynagrodzenie większe niż młodszy, który daje w sposób naturalny. I stanie się lepszy od niego.

  • Abba, jak pozbyć się skrępowania serca, przeszkadzającego nam w dawaniu czegoś innym?

  • A cóż to, skąpstwo cię dręczy? To ci dopiero! Przepędzę! Także na posłuszeństwie, jeśli posługujesz, na przykład w archondariku – od razu masz tu błogosławieństwo na rozdawanie [aby nie pytać za każdym razem od nowa]. Czy widzisz, jak Bóg bez zawiści daje wszystkim swoje błogosławieństwo? Jeżeli nie przywyknie się do dawania, to popada się w skąpstwo, a wtedy dać coś innemu nie jest już łatwo.

    Chciwiec jest jak skarbonka, zbiera dla innych. Traci w ten sposób i radość dawania, i wynagrodzenie od Boga. „Po co zbierasz? – zapytałem kiedyś bogacza. – Obowiązków nie masz. Co będziesz robił z pieniędzmi?” – „Gdy umrę – odpowiada – one tutaj zostaną”. „A ja – mówię – daję ci błogosławieństwo, byś wszystko, co zbierasz, wziął ze sobą na tamten świat”. – „Tutaj – mówi on – tutaj wszystko pozostanie. Gdy umrę niech inni sobie wezmą”. – „Tutaj – mówię – zostanie twoje bogactwo. Ale zadanie polega na tym, byś rodał je własnoręcznie, teraz, dopóki jesteś żywy!” Nie ma głupszego człowieka od dorobkiewicza. Taki nieustannie zbiera, nieustannie żyje w poczuciu utraty i w ostatecznym rozrachunku za wszystkie swoje oszczędności kupuje sobie wieczną mękę. Dusigrosz doszedł do ostatecznego stopnia głupoty, bo nie daje innym materialnych dóbr, sam w nich tonie, i traci Chrystusa.

    Ze skąpca ludzie się śmieją. Był pewien posiadacz ziemski, bardzo bogaty: posiadał dużo ziemi w pewnym obwodzie i apartamenty w Atenach, ale był bardzo skąpy. Kiedyś ugotował dla robotników, pracujących na jego polach, garnek zupy fasolowej: rzadkiej – rzadziusieńkiej. A w owych czasach biedni robotnicy zaczynali pracę rano, o wschodzie słońca, i kończyli ją o zachodzie. W południe gdy przysiedli, by odpocząć, gospodarz przelał zupę do wielkiej brytfanny i zawołał robotników na obiad. Wyrobnicy rozsiedli się wkoło i zaczęli jeść: ktoś tam wyłowi łyżką fasolkę, a komuś innemu trafia się samo rzadkie! Jeden z tych robotników umiał nieźle dociąć. Odkłada łyżkę, odchodzi na bok, zdejmuje kamasze, skarpetki i udaje, że chce wejść z nogami do ceberka z zupą. „o robisz?” – pytają go inni. „Ano – powiada – chcę wejść do środka, poszukać, może tam znajdę choć jedną fasolkę!” Takim skąpcem był ów nieszczęsny ziemianin. Jest tysiąc razy lepiej, jeśli człowiekiem zawładnie rozrzutność, niż miałoby zawładnąć skąpstwo.

  • Skąpstwo, Abba, jest chorobą.

  • Okropną chorobą! Nie ma gorszej choroby niż skąpstwo, które zawładnęło człowiekiem. Oszczędność jest sprawą dobrą, ale trzeba uważać, żeby diabeł po trochu nie zawładną tobą za pomocą skąpstwa.

  • A niektórzy, Abba, ze skąpstwa zostają o głodzie.

  • Czy tylko? Był pewien bogaty kupiec, miał wielki sklep, a sam rozcinał scyzorykiem zapałki na trzy części, inna wielka bogaczka miała siarkę, toteż przechowywała zawsze gorące węgle; żeby rozpalić ogień, zapalała siarkę od węgli, by nie wydawać na zapałki. A miała domy, ziemię, kosztowności.

    Nie mówię, że trzeba być rozrzutnikiem, ale rozrzutnik jeśli go o coś poprosisz da ci bez gadania. Skąpiec nie zechce dać ci niczego. Pewnego razu dwie sąsiadki, gospodynie domowe, zaczęły rozmawiać o sałatkach, o occie, i w rozmowie jedna z nich mówi: „Mam bardzo dobry ocet”. Upłynęło trochę czasu i drugiej nieboraczce potrzeba było trochę octu. Poszła do sąsiadki z prośbą, a ta jej odpowiedziała: „Posłuchaj, miła, gdybym rozdawała swój ocet, to nie ustałby u mnie nawet siedmiu lat!”.

    Dobrze jest równocześnie być oszczędnym i rozdawać. Oszczędność to nie znaczy skąpstwo. Mojego ojca pieniądze się nie trzymały. W Farasie nie było hotelu, zamiast niego był nasz dom. Kto zjawił się we wsi, szedł na nocleg do starosty. Gościa karmiono, myło mu się nogi i jeszcze dawano mu świeże skarpetki.

    Teraz widzę, że nawet w niektórych świątyniach, gdzie bywają pielgrzymi, całe schowki zawalone są lampkami oliwnymi, al nie mówi się „mamy pod dostatkiem” – ażeby ludzie nie przestali przynosić. Ani wykorzystać tych lampek nie można, ani sprzedać, ale nie rozdaje się ich. Gdy człowiek zacznie zbierać sam się tym związuje i rozdawać już nie może. Jeśli jednak człowiek zamiast zbierać rzeczy, zacznie je rozdawać, wówczas jego serce – sam nie będzie wiedział jak to się stało – umocni się w Chrystusie. Jakaś wdowa nie ma pieniędzy, żeby kupić łokieć tkaniny dla swoich dzieci, a ja będę zbierał? Jak mógłbym to znieść? Nie mam w kolibie ani talerzy, ani garnków, mam blaszane puszki. Zamiast coś sobie kupić, wolę dać pięćset drachm jakiemuś studentowi, żeby mógł pojechać z jednego monasteru do drugiego. Nie zbierając otrzymujesz błogosławieństwo od Boga. Gdy komuś błogosławisz, sam otrzymujesz błogosławieństwo. Błogosławieństwo rodzi błogosławieństwo.

    Przebudzenie duchowe. Tom II” Święty Starzec Paisjusz Hagioryta

    1

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.